|
Z potrzeb P-R powstała oto, a właściwie w obecnej propagandzie przedwyborczej została reanimowana, zupełnie nowa i o dziwo, mimo swej kompletnej alogiczności, całkiem chwytliwa figura. Kandydat apolityczny. A jak ugrupowanie takich kandydatów to – koniecznie fachowców.
Warto się chyba przyjrzeć bliżej dokonywanej tu operacji na zmęczonym kandydacie na wyborcę. Mówimy o wyborach. Wybory – prowadzą do każdorazowego kształtowania klasy POLITYCZNEJ. Wybrany staje się posłem, senatorem, radnym – i ma w ręku prawo do podejmowania decyzji realizujących politykę. A to oświatową, a to gospodarczą, a to fiskalną itd. – poprzez stanowienie prawa – właściwego dla każdego poziomu władzy i działania politycznego. Po co więc ta ściema, skoro stawiając swą osobę przed elektoratem – taki ktoś mówi – „chce zostać Politykiem i mało tego – mam do tego kwalifikacje, czyli mam już praktykę jako kto”? a no – jako POLITYK! Powiedzmy nawet, że taki ktoś powie – jestem samotnym białym żaglem, nie jestem związany z nikim, z żadną partią, jestem bezpartyjny. Mówi wiec równocześnie; tak sobie wymyśliłem, mam wspaniałe koncepcje dla społeczności, nie ma takiej partii, która mi by odpowiadała, w której się mieszczę – będę działał sam. Mamy demokrację. Niech ona nawet będzie d…kracją wedle definicji JKM, ale obowiązuje – i to musimy mieć na względzie. Skuteczność w tym systemie to umiejętność przekonywania do swoich racji. Wadą oczywiście demokracji jest to, że tak naprawdę zwłaszcza jak powstaje monopol władzy - nie ma czegoś takiego jak racja. Doświadczamy tego teraz pod monopolem rządów, które z racji przewagi liczebnej, mogą w dowolnym momencie uchwalić że białe jest żółte – a żółte to właściwie czerwone. Przekonaliśmy się o tym po wynikach prac już kilku Komisji Sejmowych, w których już nawet nie zachowywano pozorów działania demokratycznego w sensie poszukiwania racji ponad ustalenia partyjne. A inaczej jest w innych gremiach? Z bliskich mi przykładów można tylko przytoczyć przykład PGO w Krakowie czy sprawy Myślenic. Kandydat apolityczny, bezpartyjny - poszukuje poparcia wśród elektoratu i chce mu wmówić, że będzie skuteczny. Gdzie tu logika? Nie tędy droga do naprawy patologii – słusznie zniechęcającej ludzi do jakichkolwiek myśli o polityce, które dają chwytliwość tego wręcz nieuczciwego hasła – kandydat apolityczny, bezpartyjny. Dobrym przykładem na schizofrenię w tym zakresie jest właśnie bezpartyjny ruch zainicjowany przez Prezydentów miast dla wyborów do Senatu. Sami są politykami lokalnymi i każdy z nich tak czy inaczej jest związany z jakąś grupą polityczną. Oczywiście nie należą. Skądże! Teraz weźmy na tapetę „fachowość” Rząd fachowców. To dopiero jest pułapka. Z nadania ludu – to wybrani mają decydować o tym jakie rozwiązania należy przyjąć. Oni tylko muszą umieć zadawać fachowcom kłopotliwe pytania i co ważne – wskazywać na te elementy danego rozwiązania, które są zgodne z interesem społeczności i z prawem. Tego akurat fachowcy – z których każdy – zakładam, że perfekcyjnie się zna na swojej dziedzinie – raczej nie wiedzą. Dla przykładu. Spec od drogownictwa – ma wiedzieć jak droga ma być zbudowana i jego rolą będzie pokazanie którędy ta droga może być poprowadzona. Rolą polityka jest rozpoznanie – czy kosztowo ta wersja techniczna jest do przyjęcia i czy proponowany wariant przebiegu drogi będzie akceptowany przez społeczność i inne interesy gminy, województwa czy kraju. Tego spec wiedzieć nie musi i jeśli stanie się równocześnie decydentem – wiedząc jak jest w jego opinii najlepiej – na inne okoliczności zważać już nie będzie. Nawet działaja z najlepszej wierze. To jest tak jakby wykonawca i odbiorca pracy stali po tej samej strony lady. To nie może przynieść dobrego skutku. To co powyżej napisałem w najmniejszym stopniu nie kwestionuje wagi rzeczowej i gruntownej wiedzy. Wręcz odwrotnie przestrzega przed często zdarzającymi się sytuacjami w których radny czy poseł uważa, że zna się na rzeczy na tyle, że może zadecydować (pozostanę przy przykładzie) z czego i gdzie drogę budować. I na odwrót – nie jeden profesor – uogólnia swój tytuł na wszechwiedzę i w innych dziedzinach. Koszmarkiem samorządów jest na przykład ich opanowanie przez nauczycieli. Nie dlatego by nauczyciele byli źli. Wiadomo tylko, że szkoły w samorządach to poważna pozycja budżetowa – to i nauczyciele garną się do polityki lokalnej, podczas gdy przedstawicieli innych zawodów polityką nie chcą sobie w ogóle zawracać głowę. I tak to ludzie znający się na jednej rzeczy – kształceniu młodzieży – decyduje swą przewagą o rzeczach, o których najczęściej nie mają pojęcia – a z informacji nie za bardzo chcą korzystać. Po co? Przecież wiedzą! Zostali wybrani. Jakież to wspaniałe pole dla lobbystów? Powinien głęboko zastanowić przypadek, w którym Rada głosuje tylko kluczem dyktanda – bez posiadania spektrum punktów widzenia, bez rzetelnej , nie zmanipulowanej informacji albo własnymi siłami w istocie np.rzemieślników i nauczycieli opracowuje dokument strategiczny Gminy – lub go w ogóle nie dyskutuje traktując jego zapisy jako konieczność wypełnienia formalnych wymogów. Ludzie potem narzekają, ale swym wybrańcom nie stawiają wymogów wierząc w omnipotencję fachową. Takie czasy. To jakiś koszmar. W świecie – informacja jest cennym towarem a kształtowanie rzeczywistej (a nie mianowanej technikami PR) elity i zawodowej i społecznej jest podstawą, która jest oczywista dla każdego obywatela. U nas – już tak widać skołowacono społeczeństwo – że to lekceważy rolę posiadających rzetelną wiedzę a umiejących bronić swoich racji i tych, którzy rozumieją rządzenie jako umiejętność wyboru rozwiązań kompromisowych. Proponuję więc dokładnie przemyśleć pojęcie apolitycznego bezpartyjnego kandydata opowiadającego o rządach fachowców. Fachowców – ale od czego?
|