|
Różne można spotkać komentarze. Łącznie z tym zarzutem, że jest z Krakowa. W istocie – straszne. Bądźmy poważni. PO nie tylko nie jest w moim typie, a i poseł Jarosław Gowin nie jest moim idolem. Sama jego jednak pozycja w Partii, która wyhodowała Palikota, – i jego deklaracje o wierze, powiązane na dodatek z jego biznesem, pobrzmiewa co najmniej zagadkowo i dwuznacznie. Lecz to już jego problem.
Samą PO uważam za formację wyjątkowo szkodliwą w sensie przyzwyczajania ludzi do tego, że wystarczy tylko umiejętnie utrzymywać się na fali, a życie samo rozwiązuje, albo i nie, te problemy, które dostarcza otoczenie i trzeba się z tym godzić. Relatywizm nie jest żadną drogą budującą życie społeczne i nawet każdego człowieka. Krótko mówiąc ta partia istnieje, ale nie jest, w moim odczuciu, w ogóle partią, ze względu na swą pełną gamę nawet sprzecznych propozycji programowych. A partia powinna być uczciwą wobec elektoratu, a nie być grupą showmanów i celebrytów - komiwojażerów obietnic. Na dodatek, wtórnym skutkiem postawy tego konsorcjum będącego u władzy, właściwie już monopolistycznej, jest (i w zasadzie się o tym nie mówi, choć i praktyka tego dowozi,) to, iż działania obywatelskie – nie kontrolowane przez władzę, są wprost ogłaszane jako antypaństwowe. Podziw owszem - jest dopuszczalny, krytyka jednak – to oszołomstwo (wersja łagodna) – lub wręcz faszyzm (wersja hard). Dlatego PO – nie jest dla mnie niczym innym jak jednym wielkim obozem anty - obywatelskim – czyli wbrew swej nazwie. Jest to jednak moje subiektywne odczucie – bo jednak ludzie wybrali, tak jak i wybrali Palikota sądząc, że robią dobrze, wyrażając zapewne tym wyborem sprzeciw totalny. Na złość cioci odgryźli sobie ucho – o czym się dopiero przekonają. W końcu zawsze sprzeciw wobec zasad był jakoś atrakcyjny – pozornie „wyzwalał” w kierunku hulaj-dusza. Miłe to, ale co najmniej krótkowzroczne. W odniesieniu do obsadzenia stanowiska szefa resortu sprawiedliwości - ze strony opozycji pada pytanie, czy w ogóle filozofowie powinni rządzić krajem. Niby ogólnie – ale jednak pytanie jest zadawane konkretnie i to ad personam. Pytanie uważam za mało trafne. Resort wymagający ciężkiej i wszechstronnej koncepcyjnie naprawy, a tu nieprofesjonalista. Czyżby amok? Upicie się władzą? Dyskusja prowadzona w tym kierunku - do niczego, uważam, nie doprowadzi. Wyjaśnię dlaczego. Nie jestem - co na wstępie wyraźnie powiem, ani miłośnikiem PO, w tym i – giętkości Gowina, ani też specjalnie wielkim przyjacielem filozofów. Filozof? Profesja jak każda inna. Budzi mój podziw – bo z zasady i pola widzenia powinien to być człowiek o szerokich horyzontach, ugruntowanej ogólnej wiedzy pozwalającej poruszać się po różnych polach. To jak Tischnerowski Antek z Pardałówki. Tak więc, ogólna i zasadnicza odpowiedź na wstępnie postawione pytanie, czy filozofowie powinni uczestniczyć w rządzeniu – brzmi w moim przekonaniu; w demokracji? - jak najbardziej. Na samo pytanie jako takie - bez podtekstów aktualnej polityki, brzmiałoby - TAK- filozofowie mogą, a nawet powinni uczestniczyć we władzy – jako ważny element wnoszący wiedzę o zasadach i o systemach podejścia do rzeczywistości. Tu jednak, w indywidualnym przypadku, mamy kompletne zaprzeczenie. Jak dla mnie, może i stronniczo - ale nie na ślepo bo z argumentacją, narzuca się odpowiedź; oczywiście – NIE. Do zasad może i powinno się wpisywać miłosierdzie – ale takie, które jest dostępne ludziom, a to ma swe granice. Bez idei, bez linii, bez sensu dla ogółu, nie da się zbudować sprawiedliwości. System, w którym ścigany jest znajdujący korupcję i nieprawidłowości, a Miro, Rycho i Zbycho mają się znakomicie i włos im z jakiś powodów z głowy nie spadł – trudno nazwać dobrą podstawą do budowy sprawiedliwości. Innych wynaturzeń już nie wymieniam, bo tekst by spuchł. Najwyraźniej taka jest potrzeba sprawiedliwości tej grupy, do której należy nominat. Nie na darmo też jako śmiertelny wróg i uniwersalny straszak jest pokazywane ugrupowanie mające sprawiedliwość w tytule a triada „Bóg, Honor i Ojczyzna” jest pokazywana jako zasadnicza cecha – faszyzmu. Że bez sensu? Jakie to ma znaczenie? Tak to można co najwyżej budować socjalizm z nową twarzą lub inaczej państwo swojaków. To do sprawiedliwości ma się nijak. W tym znaczeniu konsorcjum władzy szkodliwej dla Polski nigdy nie zbuduje systemu sprawiedliwości. Dla swych podstaw i postaw. Ci panowie teraz będą tylko nerwowo i w pośpiechu wyjadali resztki tortu, który już sobie podzielili. By do końca rzecz owego paradoksu wyjaśnić. Istotą dobrego rządzenia jest umiejętność rozumienia argumentów różnych stron i wyłuskiwania z nich rzeczy najistotniejszych - po to, by skutecznie uzgadniać interesy i znajdować najlepsze rozwiązania. W tym specjaliści zamknięci w swych dyscyplinach szczegółowych z rzadka w tym są dobrzy. Dla filozofa orientacja w różnych polach wiedzy - to zawód. Zawsze też ważnym elementem w promocji naukowej - i to od średniowiecza, była (a nie jest) analiza postawy etycznej kandydata. On tym, nie tylko wiedzą, miał się (przynajmniej w uznanych deklaracjach) i mógł się, wpisać do elity. A filozof – to elita w elicie wiedzy ogólnej. Dziś tego wymogu nie tylko nie ma (nawet w deklaracjach ogólnych), a wręcz obowiązuje brak tych zasad. Tak odbywa się promocja - bo jest ona oparta w swej istocie na procesie zasadniczo czysto administracyjnym, ściśle zawisłym od władzy. Na końcu tego procesu, to Prezydent mianuje profesora. Nie liczy się w tym procesie czy kandydat reprezentuje sobą jakiś porządek etyczny. Nikt nigdy o to nie pyta. O orientację polityczną – cichcem czasem – tak. Ujmuje to powiedzenie - oczywiście krzywdzące dla wielu uznanych w środowisku profesorów (a są tacy i środowisko ich jeszcze, choć z trudnością, rozpoznaje), że podstawową kwalifikacją by zostać profesorem jest dziś, wydać książkę i dwóch kolegów. Ludzie - filary, są w tym systemie kierowania i zarządzania nauką eliminowani. Niepokojące jest to, że w dużej części owo powiedzenie jest prawdziwe i co gorsza - akceptowane! Mówi się - zrobił świństwo - ale nie miał wyjścia - bez tego by nie awansował. Donosił - ale bez tego by nie wyjechał itd. To jest brane za usprawiedliwienie. Z tego punktu widzenia wiarygodność opcji politycznej ma znaczenie. Opcja mówiąca o względności zasad, o sukcesie jako czymś najważniejszym ponad wszystko, budzi moją rezerwę. Lecz nie dla fachowości, a dwuznaczności - rozdziału deklaracji i czynów. Co widzimy i co ludzie w demokracji sterowanej - jednak o dziwo - akceptują. Rola "Klanów" "Wojewódzkich" kabareciarzy typu „Mumio" jest tu, dla ewidentnie powstającego reżimu, należałoby powiedzieć - nieoceniona. Klasycznym też krokiem w budowie owej „nowej sprawiedliwości” - była prowokacja z 11 listopada oficjalnie i jawnie przecież zorganizowana też i siłami policji - co już jest udokumentowane filmami - i - właśnie działaniem resortu sprawiedliwości nie patrzącego na dowody – a wydającego wyroki. Sądy już działają na zasadzie - dajcie mi człowieka, paragraf się znajdzie. Pan Jarosław Gowin ma naprawiać system sprawiedliwości, bo jest spoza korporacji. Ale siedzi w tym samym sposobie myślenia o zasadach. Względnych, płynnych i do negocjowania. I nie dlatego uważam, że nie powinien tym resortem rządzić ten konkretny człowiek - bo jest filozofem (to raczej widzę jako zaletę), ale dlatego, że pochodzi on z konkretnej opowieści o systemie zasad organizacji (wręcz przybierającej czasem formy destrukcji) współżycia społecznego. |