| Pieklenie się na dymy nic nie da |
|
|
|
| Ekologia |
| niedziela, 19 września 2010 06:48 | Wpisany przez dr inż.Feliks Stalony - Dobrzański |
|
Okoliczni mieszkańcy, a za nimi i szanowna Redakcja Krakowskiej Gazety Internetowej – słusznie – się – nomen omen – pieklą, o dymy z pieców ogrzewania domków jednorodzinnych, które to dymy są dla okolicy uciążliwe. I nie da się ukryć, że są.
Jak jeszcze przyjdzie okres grzewczy – to można tylko wspomnieć Kraków z lat 60 – tych i 70-tych, gdy mgła pomieszana z wyziewami z lokalnych kotłowni i pieców kaflowych dostarczała wrażeń inhalacyjnych, uczuleniowych i widokowych na skalę, która była dla niejednego groźna. Potem był, przypomnijmy, program likwidacji niskiej emisji – dostarczający EC Łęg mnóstwa klientów, (sprzedanych potem wraz z terenem firmie EDF), a który pozwolił na scentralizowanie dymów do dwóch, za to dużych i wysokich, kominów. Tu wcale bilans z punktu widzenia zużycia surowca nie był według mnie do końca pewny. Z jednej strony mamy straty na przesył (potrzeba większej ilości energii wyprodukowanej w stosunku do zużywanej przez odbiorcę) co na jednostkę zużytej energii wymaga większej ilości paliwa, ale z drugiej, paliwa spalanego w sprawniejszych kotłach (mniej paliwa) i co ważne, w właściwie najważniejsze – spalanego z możliwością opanowania emisji, zwłaszcza pyłów, bo zanieczyszczenia powstają w jednym miejscu. Poprawa – niezaprzeczalna. Pytanie o lepszy skutek, w przypadku postawienia na inne formy produkcji i przesyłu energii – jest zwłaszcza dziś – już czysto studialne, ale warte, ale nawet konieczne do rozważenia dla dalszej perspektywy czasowej. . Nie można przecież też zapominać o wieku i stanie linii przesyłowych – ciepłociągów, co wpływa i wpływać będzie na koszty dostarczanej w ten sposób energii. Skala skutków pozytywnych – tak jest jednak odczuwalna – że dziś dymy z pojedynczych domów, ale skupionych w jednej okolicy – są odbierane jako szczególna uciążliwość.
Uciążliwość ta, jest też obiektywnym faktem.
Dzisiejszy stan rzeczy – traktując go jako zastany – dziś, powinien być rozpatrywany z punktu widzenia zrównoważenia konieczności zachowania środowiska, a ściślej i komfortu środowiskowego z koniecznością ogrzania domu, używania energii. Ci, którzy – bywa – często mieszkania mają przegrzane – czerpiąc ciepło z odległego Łęgu (czyli zużywając na jednostkę zużytej energii więcej paliwa) narzekają na tych, którzy niejednokrotnie zużywają parcjalnie być może nawet mniej tego paliwa. Piszę – być może, bo tego się jakoś nie szacuje w podobnych kategoriach liczenia całkowitego bilansu zużycia środowiska dla obu sposobów produkcji i używania energii. I kto to wie? Są pokazywane tylko dowody z autorytetu – a to na portfel jest nieco za mało. Mało tego, do szacowania zużycia środowiska – też – wedle prawa – powinna wejść kwestia korzystania, w tym przypadku, z surowca nieodnawialnego (węgla) w sposób rabunkowy – gdyż samo spalenie wyciąga z tego surowca tylko mała część tego, co on ze sobą niesie. Prawo zaś nakazuje – zużywaj tak, by wycisnąć z surowca co się da – i myśl co po sobie zostawiasz dla dalszych pokoleń. Tu – cała reszta idzie z dymem, a na dodatek sprawność kotłów z ich natury nie jest oszałamiająca, choć technicznie nawet najlepsza by była z możliwych do osiągnięcia.
Komplikuje się nam ta – tak na początku wydawało się, klarowna sprawa.
Wracając do niej - jedni są w sytuacji komfortowej – „Ich” zanieczyszczenie powstaje – hen tam gdzieś daleko, a drudzy są winni – (i obiektywnie są źródłem uciążliwości), mając znacznie mniejszy komfort. Na dodatek muszą na okrągło obsługiwać te piece będąc do nich przywiązanymi jak jakowyś najmita. Z olei zachowują się bardziej racjonalnie – palą gdy potrzebują, a nie uruchamiają na wielką skalę maszynerii energetycznej o wielkiej bezwładności i jednak nie za bardzo nastawionej na indywidualną oszczędność.
Powstaje pytanie - jak to nie tylko wyważyć, ale i jak rozwiązać problem, zadawalając obie strony, poprawiając środowisko i będąc w zgodzie z prawem i rozsądkiem
Podchodząc w miarę metodycznie - przynajmniej spróbujmy sobie odpowiedzieć na pytania; jak być powinno, potem - dlaczego tak nie jest, i dopiero na końcu możemy rozważyć czy i jak można załatwić konkretną sprawę. Ustawmy to w tej kolejności, bo przecież samo wydanie zakazu palenia w kotłach – dziś, w tej konkretnej sytuacji, nie jest po prostu możliwe – Ci ludzie też mają prawo do ciepła w domach.
Na gruncie prawa, każdy ma takie samo prawo dostępu do środowiska – ważne – że równe. Nie może jeden mieć większego prawa. To mówi nawet Konstytucja. Pytanie – który z użytkowników tak naprawdę więcej zużywa środowiska powinna być rozstrzygnięte. No tak – ale to dopiero należałoby rozważyć i obiektywnie ocenić
Obie strony mają mieć zrealizowane prawo dostępu do komfortu środowiskowego i do korzystania ze środowiska naturalnego. Bo obie strony z tego środowiska korzystają. Jedni – tu na miejscu, drudzy – też korzystają, ale nie tu – tylko w naszym przypadku w Łęgu lub lokalnej kotłowni (też dwie różne sytuacje). Warto wiedzieć – czy korzystają ze środowiska na równych prawach, ponosząc z tego tytułu równe koszty – licząc oczywiście proporcjonalne do jego zużycia. Miarą tu niech będzie wielkość emisji wynikająca z pozyskania jednostki energii nie w ogóle- ale tej zużywanej w domu. Zapytajmy więc dalej czy i Łęg (czy kotłownia) i pojedynczy wytwórca energii w domu ponoszą jednakowe obciążenia środowiskowe w sobie właściwych proporcjach. Łęg płaci. Kotłownia – już to takie pewne nie jest –ale załóżmy, ze też. Następuje to stosownie do prawa i siedzących na głowie kontroli. I EC i kotłownia odbiera te pieniądze w cenie dostarczonej energii. Innymi słowy Kowalski – klient dostarczyciela – płaci, i to zarówno za przesył jak i za opanowanie emisji. Indywidualny użytkownik – nie troszczy się o to, co wychodzi przez komin – i za to nie płaci. Przynajmniej bezpośrednio – a płacić powinien.
Oznacza to, wprost, że sam fakt używania pieca domowego, kotła, przekłada część kosztów środowiskowych z jednostki, obywatela - na ogół, na społeczność. To stwierdzenie jeszcze nie pozwala powiedzieć – masz płacić jak za woły, za sam fakt używania kotła. Nich się opłaca przejście na inną formę, a społeczeństwu by się opłacało nawet dołożyć do takiej zmiany, bo w przyszłości by nie płaciła za tą nieopanowaną emisję. Stacji pomiarowej na każdym kominie wszak postawić się nie da. Nie technicznie – tylko ekonomicznie. Postawienie tej stacji nie byłoby w ogóle przecież sprawą użytkownika – tylko kontrolera czyli władzy Państwowej – taką sobie rolę przyjęła. Jak włada każe kogoś, to ma udowodnić za co. Kierowcy w końcu nie płacą indywidualnie za „suszarki” kontroli drogowej. Płacą tylko za jej okazjonalne i skuteczne użycie. Nieskuteczne – nie kosztuje i kierowcy nie obchodzi.
Tak więc, by jednak był spełniony postulat równego dostępu do środowiska, trzeba by było wiedzieć – czy, i o ile, ten indywidualny użytkownik pieca kaflowego czy kotła na koks – z przyczyn wcześniej omówionych – zużywa mniej (czy więcej?) surowca – węgla. Licząc oczywiście na jednostkę zużytej energii. Warto by było tez wiedzieć jaki jest koszt surowca uwzględniający jego bezpowrotną stratę - spaleniem. Ta różnica ceny powinna być – zgodnie z prawem – jeśli by je wykonywać – źródłem finansowania zastępczych, przyszłościowych, źródeł energii. Te muszą się pojawić – bo dziś odbieramy jedno źródło następnym pokoleniom, a mamy obowiązek im coś zostawić. Tak jak niegdyś – nasi poprzednicy odebrali nam lasy – na potrzeby hutnictwa i ówczesnej energetyki – tak my dziś odbieramy kopaliny nie myśląc co będzie potem.
W tych dywagacjach dochodzimy najwyraźniej do kwestii stawianej też przez współczesne podejście do spraw środowiskowych – jaka jest cena surowca jako takiego, tego leżącego w ziemi. Czy ma on kosztować tylko tyle, ile wynosi koszt jego wydobycia. Jeśli tak – to hulaj dusza – możemy sobie węgiel – zasób wyczerpywany i zawierający dużo więcej możliwości niż te jakie wynikają z jego spalenia – palić bez opamiętania. Do wyczerpania. Jest go akurat w stosunku do innych surowców sporo, ale i tak jest to zasób nieodnawialny, już uszczuplony, choć eksploatacją trwającą śmiesznie krótko, w stosunku do czasu jaki był potrzebny na to by on w ogóle powstał. Nie ma wszak takiego majątku, którego by się nie dało roztrwonić.
My trwonimy właśnie. Czym? – Sposobem użytkowania i brakiem dbałości o jego rozsądne zużywanie.
Wiemy też więc – że samo palenie w kotle indywidualnym, ten sposób używania surowca, powinien inaczej kosztować. To powinno być traktowane jak luksus środowiskowy – ale jak to policzyć? Jak ustawić finansowo? Dziś przecież – palenie węglem jest po prostu tańsze niż użycie gazu, użycie energii elektrycznej z innych źródeł czy inwestowanie w niekonwencjonalne a już racjonalne sposoby pozyskiwania i oszczędzania, każdej nawet najmniejszej ilości energii. Czyli i relacje cenowe są wadliwe. Nie uwzględniają właśnie tych elementów o które tu są poruszane.
Czy coś z tego wywodu wynika – dla konkretnej sytuacji – konfliktu z dymiącymi kominami? Tak. Wynika.
Na pewno – następuje wykazanie, że władze w tych sprawach nie kierują się prawem nakazanym - interesem środowiska. Myślenie o tych sprawach musi ulec zmianie by tego rodzaju konfliktów było mniej i by nasi następcy nie rzucili się sobie do gardeł w boju o resztki dostępnej energii i środowiska. To raz
Jest to jednak postulat bardzo ogólny i przyszłościowy. Nie może być on jednak odkładany na tzw. świętego Nigdy i dlatego wyraźnie go sobie należy wyrazić. Za tym stoi przecież też i myślenie o kondycji polskich kopalń węgla, o podejściu do użytkowania surowca. Niby nie nasza to sprawa – ale niewątpliwie – nasz interes. To postulat do polityków dziś dumających tylko nad tym jak tu zwalczyć nienawistny PiS, choć odpowiedzialnych za kraj w każdym wymiarze. Oni o tym nie myślą – sądząc po faktycznej bezczynności w zakresie zmian i stawianiu zasłon dymnych w marszu do opanowania środków potrzebnych do utrzymywania władzy jako takiej; mediów, banków, pamięci historycznej, symboli, wpływu na system wartości itd.
Dwa – bieżącym środkiem zaradczym byłoby spowodowanie, by środki płacone z racji zużycia środowiska były płacone w proporcji do faktycznego zużycia środowiska i by były one realnie przeznaczane na zmiany w sposobie i skali zużywania środowiska. Dziś i ten indywidualny producent ciepła, dla siebie, i ten zbiorowy, korzystający z pośrednika, w tych płatnościach ponoszą te koszty bez świadomości za co płacą. Jakby wiedzieli za co płacą, to by wtedy mieli szanse na poszanowanie i środowiska i energii i pieniędzy.
Krótko mówiąc – szwankuje tu myślenie o zarządzaniu dla środowiska, a na dziś – jako że nie można powiedzieć – wyłącz Pana kocioł w domu na swój koszt – należałoby dla konkretnie tego osiedla, tej okolicy, gdzie uciążliwość ma miejsce – siłami samorządowymi wystąpić do Funduszy Ochrony Środowiska (niestety – Gminny został zlikwidowany – ale pieniądze wcale nie przepadają, a siedzą w budżecie na innych półkach i są zużywane na wszystko tylko nie na to), w skojarzeniu z Programami nakierowanymi na zmian infrastrukturalne, o uruchomienie lokalnego programu wspomagania zmian w sposobie ogrzewania. Program taki jednak nie powinien być pozyskiwany jako rodzaj jałmużny dla pojedynczych, wybranych ludzi, a powinien mieć silne oparcie w motywacji dotyczącej poprawy środowiska i oszczędności energii. Tu społeczność lokalna nie może, i nie powinna występować w roli petenta, a w roli grupy obywatelskiej pomagającej Funduszom w wypełnianiu ich statutowej roli. Obu stronom to się ma opłacać.
Innymi słowy – może by przy takiej okazji spowodować inne myślenie o zasilaniu społeczności lokalnej w jej trosce o środowisko.
Dotyczy to przecież nie tylko sprawy energii. |








