|
Ekologia
|
|
wtorek, 17 maja 2011 20:58
| Wpisany przez Grażyna Zamorska
|
|
I tak przez kilka tygodni miałam na działce uroczą sowią rodzinę: matkę z córką. Później maleńkie ptaszki uwiły sobie gniazdko w maliniaku i sumiennie spełniały swoje rodzicielskie obowiązki. Samiczka siedziała na jajkach, a samczyk przynosił jej jedzenie.
Wykłuły się małe i po kilku tygodniach opuściły maliniak, nie zostawiając niestety ani jednej maliny całej. Na pamiątkę pozostało mi tylko gniazdko, które chętnie bym przekazała do jakiejś szkoły jako ewentualną pomoc naukową. Później mama bażancia wysiadywała 15 jaj: robiła to zupełnie mnie ignorując, ale we wzajemnym poszanowaniu naszych terytoriów. Wówczas musiałam na kilka tygodni wylecieć do USA i po powrocie zastałam puste gniazdo z jednym jajkiem z którego zapewne nie wykluł się mały bażancik. Tydzień temu zauważyłam z kolei, że na starej jabłoni przybyło okazałe gniazdo i robi się obok ptasi rwetes, po czym do gniazda przyleciał duży ptak przynosząc coś w dziobie. Okazało się, że w gnieździe wysiaduje na jajkach synogarlica. Jabłoń została kolejny rok pozostawiona w spokoju bowiem szkoda mi było zlecać jej przecinkę mając świadomość, że każda gałąź to dodatkowe źródło tlenu. Przez to stworzyłam doskonałe warunki do zagnieżdżenia się kolejnej ptasiej rodziny. Sąsiedzi orzekli, że jest to synogarlica turecka, a w Internecie ten ptak nazywany jest Sierpówką. W pierwszym dniu, gdy się ze sobą zapoznawaliśmy widziałam u nich poważne zdenerwowanie, co objawiało się faktem, że jedno z nich bez przerwy wylatywało i przylatywało. Jednak już na drugi dzień wyznaczyliśmy sobie wzajemne granice, one przestały panicznie latać, a ja omijałam tę jabłoń z daleka. Nawet próbowałam zrobić jakieś zdjęcia z oddali, które poniżej prezentuję.



|