Ścieżka powrotu

Krakowska Gazeta Internetowa Ekologia Sprawa GMO żyje już od wielu lat
Smaller Default Larger

Dzielnica IV Kraków

TVP 3


meble biurowe


Sprawa GMO żyje już od wielu lat PDF Drukuj Email
Ekologia
niedziela, 31 lipca 2011 15:46 | Wpisany przez dr inż. Feliks Stalony - Dobrzański

Ma też swój charakterystyczny dla tego typu spraw przebieg. Najpierw była przedmiotem odkrycia naukowego. Wizja postępu i uszczęśliwiania świata, ratunku przed głodem, stały otworem. Świat nauki był zachwycony.

Rzecz podchwycił światek nauki koncesjonowanej i korzystającej z tego, że w dzisiejszym sposobie zarządzania nauką, można żyć z wytworzenia mody w zakresie nowych kierunków badań. Mający szerszą wiedzę i inne informacje, już tak entuzjastyczni nie byli. Politycy też zobaczyli metodę i na biznes i na pokazywanie ludziom miraży szczęścia. Do tego dołączyli biznesmeni bez wyobraźni i wiedzy co do dalekosiężnych skutków danego, w tym wypadku konkretnego rozwiązania. Ich filozofia jest wszak prosta jak konstrukcja banana. Podnieść temat i kasę, a co potem to się zobaczy. Skutki to nie ich sprawa. Politycy i rozwiązania prawne przecież nie nadążają, to i całe to towarzystwo nie jest potem niczemu winne. Jeśli oczywiście coś pójdzie nie tak. Wykazały to choćby takie sprawy jak DDT, czy tzw. ekologiczność wielu rozwiązań – te już zdążyły się zweryfikować. Co do np. żarówek energooszczędnych akcja trwa w najlepsze, nic mi jednak nie wiadomo, by przeprowadzono analizę rzeczywistej przyjazności tego rozwiązania dla środowiska. By wyjaśnić - oczywiście – żarówki – ściślej neonówki, w trakcie pracy (zwłaszcza ciągle długotrwałej) są energooszczędne, lecz czy są podsumowane koszty energii, surowców, strat środowiskowych ponoszone w trakcie ich produkcji i utylizacji? Termometry rtęciowe się wycofuje – a świetlówki – przy całej kłopotliwości ich pozbywania się, selektywnej zbiórki i utylizacji – już nie. Zdrowy rozsądek zadaje tu dużo pytań o związki decyzji gospodarczo- politycznych z biznesem. Tego nikt nie rozpatruje poważnie – wystarczy hasło „ekologiczne rozwiązanie”.  I nakaz – jako, że jest możliwy w zarządzaniu „niby rynkowym”– jest wprowadzany. Nie mam wyboru. Czysty socjalizm.   
Warto w takim razie wypomnieć, że te same gremia decyzyjne już dawno ustaliły, by z wymogu prawa, każde nowe rozwiązanie, produkt, miały rodzaj przeglądu, certyfikatu wpływu na środowisko. Ma ono oszczędzać surowce, energię i ludzi oczywiście Dziś powiedzmy to wprost - środowisko to nie tylko żabki i sasanki czyli sfera natury, ale też i warunków życia, stosunków biznesowych. One też tworzą otoczenie współczesnego człowieka, a o jego ochronie wszak mówimy. Te ostatnie aspekty w normalnym świecie biznesu są – i muszą być brane pod uwagę. Mówimy o świecie normalnym, czyli takim który myśli o jakiejś stabilności. Doskonałym przykładem działania bez takiej perspektywy może być biznes Pana z Krzeszowic, który nie bacząc na nic, lekceważąc wszelkie zasady – prowadził bez żadnych zabezpieczeń przetapianie puszek napojowych. Smród i szkodliwości były udziałem mieszkańców i środowiska. W końcu działalność zakończył, ale co kasy podniósł to jego. Z dawniejszej historii, można przytoczyć przykład bezmyślnej deforestacji prowadzonej od XVIII w dla potrzeb hutnictwa. Dopiero bariera braku drzewa wymusiła pomysł zastąpienia węgla drzewnego – koksem. Człowiek sam, nie myśląc o skutkach, nie mając wyobraźni  podcinał gałąź, na której opierał swoja wytwórczość.
Proponuję – na tle pokazanych tu przykładów – spróbować w podobnych kategoriach zacząć rozmawiać o GMO. Nie poprzez – słowo przeciw słowu, emocje i przerzucanie się niesprawdzalnymi danymi, zwłaszcza, że mówimy o rażącej dysproporcji sił w pozyskiwaniu rzetelnej informacji. Badania nad GMO są sponsorowane dla ich prowadzenia w kierunku osiągania najwyższych wydajności produkcji rolnej. Co zaś z zastosowania tych operacji genetycznych wynika w innych aspektach, opinia publiczna dowiaduje się albo z prawie histerycznych anonsów – albo - jak ktoś coś powie przez przypadek.
Dziś sprawa GMO przechodzi już powoli do sfery świadomości społecznej, choć dalej mit o nieszkodliwości (czy jest ta nieszkodliwość udowodniona? – jeśli nie, to mam prawo mówić mit) manipulacji przy porządku naturalnym – jest wspomagany okrągłym zdaniem, że bez GMO świat się nie wyżywi – i ta opinia wydaje się politycznie obowiązywać jako racjonalna i na pierwszy rzut oka zasadna. Czy jednak na pewno?
Jak zazwyczaj – protestujący – to szkodliwi społecznie i gospodarczo doktrynerzy. I tu bywają przywoływane przykłady, które zieloni sobie sami bezmyślnością i właśnie doktrynerstwem zgotowali.
Pierwsza więc co uważam za kluczowo istotne – to oderwanie sprawy GMO od kampanii tzw. Zielonych. Myślę, iż postawienie sprawy na gruncie wiedzy, rzetelnej wiedzy i rzeczywistego biznesu i długofalowego interesu społecznego (kto wie jakie będą w wielu aspektach skutki stosowania GMO) bardziej przemówi do wyobraźni polityków i społeczeństwa (choć właściwsza jest chyba kolejność odwrotna) niż dalsze przepychanki prowadzone na zasadzie – słowo przeciw słowu. Nie bez powodu myśli się tu w niejednym kraju o innych rozwiązaniach prawnych w odniesieniu do GMO.
I tu niestety stawiając oczekiwanie racjonalnej argumentacji, trafiamy na barierę.
Wszelkie porównywanie racji musi być prowadzone w warunkach równych szans obu stron. Obie strony,  i ci „za” i ci „przeciw” powinni dysponować tymi samymi narzędziami i środkami. Tymczasem samo zaistnienie związku pomiędzy biznesem szybkiego zysku a w istocie arynkowym (Komisje, przydziały decyzje – a nie wyniki) finansowaniem nauki wedle obowiązujących mód naukowych implikuje znaczące finansowanie tylko badań wykazujących nieszkodliwość GMO i otwierających coraz to nowe zastosowania tej techniki.
Oczekiwałbym rzeczywistej i wieloaspektowej analizy tego co wprowadzenie GMO zmienia. A zmienia, skoro są problemy z pszczołami, a ta jak wiadomo są motorem w życiu roślin. Daję ten argument najprostszy, a dostępny laikowi. To tylko jeden – czysto zdroworozsądkowy argument. Też i fakt że produkcja „ekologiczna” musi być wolna od GMO a uprawy wolne od GMO po pierwsze nie mogą być samotną wyspą w areale upraw na bazie GMO nie wziął się z propagandy. Za bardzo groźne uważam to – o czym się dziwnie nie mówi. Otóż producent roślin GMO, w każdym roku materiał siewny musi pozyskiwać od producenta. Jak się to ma nie tylko do zwalczania plagi głodu i najważniejsze sama monopolizacja podstawy do produkcji stanowi już bardzo poważnym biznesowym i strategicznym ostrzeżeniem. Zauważmy daję tylko argumenty zdroworozsądkowe – a sądzę, iż nie są one trudne, jeśli nie są zagrożeniem dla zwolenników opierania się na produkcji spożywczej z udziałem GMO.
W tak krótkim artykuliku nie silę się nawet na wchodzenie między Tych, którzy na sprawie już zjedli zęby. Jako mieszkaniec i człowiek, który jakoś nie chcę się znaleźć w rękach monopolistów dostarczających podstawę do produkcji rolnej, nie chcę spożywać produktów o nieznanym mi oddziaływaniu, nie uśmiecha mi się wysłuchiwać straszenia.
Czekam na argumenty – a te się pojawią wtedy gdy zostaną podane do publicznej wiadomości wiarygodne analizy wpływu takich skręceń śrubokręcikiem w zwitkach drabinek chromosomów.
Na dziś, wolę nie jeść koniecznie ilościowo, a wolę jakościowo.
I tu mam własna wiadomość rynkową. Może ktoś z niej skorzysta.
Będę zawsze szukał produktu certyfikowanego pod kątem czystości.
Może producenci niezbyt zdrowej żywności, zaczną w końcu liczyć straty.
Tak jak ten człowiek z Krzeszowic. A zauważmy na marginesie,  że Krzeszowice łaskawie nie wystawiło Mu pełnego rachunku za ostateczne podkopanie opinii tego miasta jako, jakby nie było, jeszcze XIX –wiecznego  uzdrowiska. Chyba dlatego nie wystawiło, że tego statusu dziś już Krzeszowice formalnie chyba nie posiadają. Ze względów właśnie formalnych. A wiem, że są  w Krzeszowicach ludzie, którzy doskonale znają walory tego miejsca i mają świetne koncepcje ich wykorzystania. 
Ale to już jest inna bajka, w której GMO nie ma nic do roboty.