Ścieżka powrotu

Krakowska Gazeta Internetowa Kultura Mówi się, i to coraz głośniej, o kryzysie w sztuce
Smaller Default Larger

Dzielnica IV Kraków

TVP 3


meble biurowe


Mówi się, i to coraz głośniej, o kryzysie w sztuce PDF Drukuj Email
Kultura
czwartek, 30 kwietnia 2009 10:55 | Wpisany przez Feliks Stalony -Dobrzański

Na młodzież też narzekano nawet w starożytności.

Zawsze tak było, jest, i pewnie będzie.

Iluż to dziś uznawanych za Wielkich Klasyków umierało w biedzie i bez uznania? Iluż było wyklinanych. Iluż miernych stało się bohaterami i pomnikowymi artystami? Iluż dobrze ułożonych stało się obwiesiami. Nie szukam więc uogólnień – bo życie niesie za sobą tyle rozwiązań, a osądy z pozorów mogą być tak mylne, że lepiej tylko szukać rzeczy podstawowych i na nich się dopiero opierać. Lecz opierać się trzeba, samodzielnie a nie przyjmować pozycji konsumenta papki podawanej do wierzenia. Filary trzeba sobie wyznaczyć, a nie przyjmować za dobrą monetę, że wszystko jest względne. Relatywistyczne spojrzenie trochę pomaga, ale tylko w fizyce, która i tak stoi na twardych prawach przyrody. Tu, dyskusji z prawem ciążenia nie da się przeprowadzić.

Najprościej rzecz ujmując – nie można kupować tego, co tylko wedle reklamy jest wiodące w segmencie – jak się to teraz mówi w nowomowie. Nawet idiotyczne wybory polityczne mają przecież swe źródło właśnie w braku umiejętności wypracowana własnego poglądu i w relatywizmie ocen.

Za zły zakup zawsze się płaci – czasem, a nawet na ogół całkiem słono.

Jest więc o czym dywagować – i wbrew pozorom - rzecz nie dotyczy tylko abstrakcyjnej i czasem niedookreślonej strefy estetyki jako takiej. Mówimy też o umiejętności samodzielnego wypracowania opinii a więc i o kieszeni i o własnym losie.

W sprawach sztuk plastycznych, jako odbiorca – i to ewentualny – bo w końcu nie siedzę w tym środowisku – jestem tylko (a może – aż - co twórcy chyba powinni brać pod uwagę) odbiorcą wytworów artystycznych. Dla oceny wartości dzieła mam narzędzia poznania tej sytuacji odwołujące się do wiedzy  ogólnej, do swojego pojęcia „podoba mi się – lub nie” i w końcu do opinii Tych, o których się mówi, że się na rzeczy znają.
Pomijając już nawet strefę biznesu – w którym są wręcz zainstalowane całe instytucje (lub grupy lobbystów) nadające wartość rzeczom (np. Dessa), warto się ogólniej nachylić nad pytaniem – gdzie tu wytwór, gdzie dzieło, a gdzie kit marketingowy i robienie ludzi w popularnego capa.

Szukając odpowiedzi trzeba zacząć od najprostszego pytania; kto jest artystą? Czy każdy wytwór może być ogłoszony dziełem sztuki? Gdzie miejsce na kicz i na kant?

Już dawno dawno temu, jeszcze w czasach młodzieńczych, zadawałem sobie to proste, a dziś szczególnie trudne pytania. Wszak odpowiedź, którą dziś można usłyszeć  – każdy może być artystą (i nim jest – bo i takie zdania można usłyszeć) nie wytrzymuje nawet prostej próby logicznego myślenia. Zwłaszcza w dzisiejszym usankcjonowaniu wyjęcia artysty z obowiązku wobec poszanowania wręcz czasem prawa.  W końcu Artysta, jako swój atrybut, ma mieć swobodę wypowiedzi ponad konwencje, i właściwie wszystko Mu ponoć wolno. Dojdziemy do prostego zdania – wszystkim wszystko wolno, co jest realizacją postulatu systemowego wprowadzenia anarchii i to nie tylko do świata sztuki. Prowadzi to do kompletnego zburzenia systemu odpowiedzialności za słowa i czyny.

Realizacja? Mamy ją na co dzień. Przyzwolenie na lżenie symboli religijnych (z zastrzeżeniem - by były to symbole katolickie – bo inne już obarczone są ryzykiem ostrej reakcji, a więc i obciążone są ryzykiem prawnym i perspektywą braku poklasku), prawo do wybiórczego (oczywiście) naśmiewania się z ludzi, ogłaszanie ich dla wygody i unikania konieczności przedkładania argumentów -oszołomami jest nie tylko dopuszczalne ale i dopuszczalne tylko jednostronnie. Tak się rodzi na naszych oczach politycznie poprawna dyskryminacja. Można też zachowywać się obscenicznie (to nawet dobrze – bo zwraca uwagę) i kpić w żywe oczy wystawieniem „instalacji” jako dzieł, wolno. Słowo „ku...” ze sceny może padać przez całą sztukę z częstotliwości kilkunastu na minutę – potrzebnie czy nie – nie ważne. Wolno. Oficjalnie – użycie tego słowa w miejscu publicznym jest ścigane prawem. Ale Artyście WOLNO!  W końcu wolność wypowiedzi. Widać w tym przypadku brakło „artystce – i autorowi  - środków wyrazu – jak skomentować smętny spektakl.  Ograniczenie – to cenzura. Jeśli tak, i każdy być artystą może się zamianować  – to znaczy, że każdy sobie może uzurpować – nadprawa, domagać się specjalnego traktowania. I każdemu wszystko wolno powiedzieć Dlaczegóż więc zamykać czy karać menela używającego słowa „k..” publicznie?  Jak by  chciał może ogłosić, iż ma wolność wypowiedzi i szlus!! Inni artyści mogą i grasują po symbolach narodowych i religijnych – i nic! Bo wolność słowa. Ja chciałbym z kolei doświadczyć swobody swego wyznania i poszanowania mojej Ojczyzny bez Palikotów jako sztandarów medialnych rządzącej grupy. (GTW)

W obronie symboli religijnych i wartości rzucają się tylko oszołomy – przynajmniej takie jest zdanie Salonu. Obciach jakich mało. Taka próba obrony  to narażenie się na zarzut zaściankowości  i związku z beretami, co ma być już dobijającym i symbolicznym atestem tępoty.

Logicznie rzecz więc rozwijając – przyjęcie tego postulatu, że artystą może być każdy oznacza jak już powiedziano, że każdemu wolno wszystko. Ergo postawienie sprawy w te sposób, wprost prowadzi do demontażu każdej społeczności.

To nie oszołomstwo, a logika.

Prowadzi też do dyskryminacji. Bo czyż nie jest dyskryminującą pogarda dla rasy, dla wierzącego? To już zaczyna działać wybiórczo. Wszystko przecież zależy od tego czy mówimy o jednej czy innej religii, o jednej czy o drugiej rasie, o jednym albo drugim przekonaniu.

Pojawia się więc konieczność przyjęcia jakiś kryteriów i wyraźnego wyrażenia sprawy wysokiego poziomu odpowiedzialności za słowo i czyn. Powstaje zobowiązanie artysty wobec społeczeństwa.

Odrzucając więc definicję, że artystą może być każdy i każdemu wszystko wolno, nawet jak jest artystą, musimy uznać, iż ten ktoś kogo nazwiemy artystą, musi mieć pewne predyspozycje umysłowe i moralne, jakiś tytuł używania tego miana, jakąś umiejętność rąk i umysłu wyrastającą do rangi powiedzenia czegoś ważnego dla społeczności. Motorem nie może być choroba na sukces – bo ten jet problemem egoistycznym.
Wypada się też zgodzić, iż nie sama Szkoła mianuje artystę.

To co mianuje w takim razie mianuje do rangi artysty oprócz stanu ducha i poziomu odpowiedzialności wobec innych?

Zauważmy, że od wieków – najpierw byli rzemieślnicy nadzwyczajnie biegli w swych zawodach i umiejętnościach. Byli tak biegli, że podziw brał.

Mieli rękę, wyobraźnię i jakiś dar Boży. Właśnie byli artystami zawodu. Może od tego zacząć – od wymagań warsztatowych? Protest założą „instalatorzy” którym w odpowiedzi zaproponuje zaprojektowanie monety albo narysowanie portretu. Własnoręcznie – nie za pomocą komputera.

Zrobi się  smutno – albo się na mnie rzucą, czym odkryją swe karty.  

Najpierw wśród społeczności delikwent przechodził jakąś szkołę, kimś się zachwycił jako mistrzem, dowiadywał się co inni robią, wykazywał się biegłością warsztatową, umiejętnością rąk  i umysłu, w końcu  dziełem,  a dopiero potem to jego traktowano ze specjalną estymą. Nawet ci którzy nie znajdowali zrozumienia tą drogę – nawet jako samoucy – przechodzili.

I ta kolejność powinna obowiązywać, by utworzyć przynajmniej pierwsze sito przed  kanciarzami.
Pan Franciszek Starowiejski miał czasem dzikie pomysły i osądy. Miał też pracą i talentem wypracowana biegłość warsztatową i nietuzinkową wiedzę przedmiotu. Można było się z nim fundamentalnie nie zgadzać – ale błędem było nie słyszenie tego co ma do powiedzenia i pokazania. Praca, praca i ćwiczenie. Biegłość w używaniu narzędzia. Od tego poziomu się zaczyna dyskusja do czego to narzędzie jest używane  Drugi przykład - Pan Szymon Kobyliński. Jest w stanie coś zastąpić Jego kreskę i wiedzę w dziedzinie Sarmacji i kostiumologii?

Mleczko i Sawka – by pozostać przy samych rysownikach – są dla mnie jako odbiorcy też Artystami  wypowiadającymi się w różnych sprawach i choć z Ich opinią czy diagnozą można się nie zgadzać, to miana artysty – połączenia warsztatu i  myśli nie sposób Im odbierać. Wprost podejrzewam, że braki warsztatowe, nieporadność kreski, w końcu ukochane przez miernoty „instalacje”, mają być pokryte sugestią  rzekomego bogactwa myśli.

Czasem to „bogactwo” czy raczej ubóstwo trafia na podatny grunt. Snobów i ludzi nie znających już w ogóle pojęcia „warsztat”.

Najgorzej jak tej myśli nie ma – nie sposób się jej doszukać, a instalacja jest tylko chęcią zaistnienia na rynku.
Problem jak widać nie odnosi się tylko do artystów sztuk wszelakich. W każdym zawodzie wykonywanym trzeba mieć warsztat – i myśl. Nawet sam warsztat swą biegłością daje tylko łatwość  bujania publiki
Zbliżają się wszelakie WYBORY do których nas zachęcają usilnie zniechęcając.

Już wiemy dlaczego?

Dla braków warsztatowych do sprawowania funkcji.

I tak to z rozważań po spektaklu Pani Krystyny Jandy (27.04.09) w Teatrze Rozmaitości i paru innych artystycznych wyczynów doszliśmy do uogólnienia.

Są takie miejsca w których można się zaszczepić na snobizm politycznej poprawności.

Te jednak wymagają pracy własnej. Nie wszystko co jest ogłoszone w TV lub w Internecie albo i w prasie jest prawdą i ma podstawy warsztatowe i opiera się na głębokiej myśli. Myśl może być prosta jak konstrukcja cepa do bicia niepoprawnych polityczną poprawnością i nazywa się ona „byle do sukcesu”. Marketingowego, wyborczego itp.