| Targi? Kiermasz? Czy może targowisko? Czyli o 13 Targach Książki w Krakowie. |
|
|
|
| Kultura |
| wtorek, 10 listopada 2009 20:49 | Wpisany przez Krakul |
|
Bez wątpienia Targi Książki to impreza w Krakowie potrzebna; świadczy o tym zarówno duża liczba wystawców jak i duża liczba zwiedzających (którzy najczęściej są także kupującymi). Przy tej okazji warto się zastanowić czym różnią się targi książki od innych tego typu imprez.? Brałem swojego czasu udział także w targach budowlanych. Tam załatwiało się rozmaite sprawy, tzn. rozwijały się kontakty firma-firma, podpisywano rozmaite umowy itd; klient zwiedzający targi przychodził na stoisko żeby zasięgnąć informacji o nowych technologiach, cenach, porównywał oferty różnych producentów, po czym dowiadywał się gdzie w Polsce może kupić cegły czy grzejnik danej firmy i obładowany ulotkami, mądrzejszy, wracał do domu żeby sobie to wszystko spokojnie przetrawić. Oczywiście istnieją też targi bardzo hermetyczne; trudno sobie np. wyobrazić żeby na targach techniki dentystycznej pojawiali się zwykli Kowalscy nie mogący doczekać się nowinek ze świata wierteł, wypełnień i nerwociągów... na takich targach pojawiają się wyłącznie fachowcy będący - czy to z powodów medycznych, czy handlowych - blisko tej branży i z niej żyjący (no i może jeszcze nieliczna grupka masochistów). Ale wróćmy do krakowskich Targów Książki. Otóż rozmaici ludzie - nauczyciele, publicyści itd. głowią się jak zachęcić dzieci i młodzież do czytania. Tymczasem na targach widać autentyczny głód książki. Tłumy Krakowian walą drzwiami i oknami na targi (choć z powodu lokalizacji przy ul. Centralnej znacznie łatwiej jest mieszkańcom Nowej Huty) płacą za bilety wstępu i wchodzą tam z nadzieją, a właściwie kilkoma nadziejami, mianowicie: chcą kupić książkę (a najczęściej nie kończy się na jednej pozycji), chcą ją kupić taniej niż w księgarni i chcą ewentualnie uzyskać dedykację autora. Tym samym targi książki zamieniają się w gigantyczny kiermasz książki (ładne, choć trochę zapomniane słowo, kiedyś powszechnie stosowane, kiedy decydowano się na wyjście z książkami do ludu, w plener). Tymczasem na targach krakowskich przeważająca większość wystawców robi wszystko żeby z kiermaszu i święta książki zarazem zrobić targowisko, plac handlowy lub ewentualnie (powiedzmy to po krakowsku) książkową Tandetę Bis. Dlaczego? Już tłumaczę. Czytelnik przychodzi na jedno drugie i trzecie stoisko i co widzi? W oczy rzuca się i kłuje p o w s z ec h n y brak cen. Po prostu, lekko licząc, na 80-90% stoisk wydawców i hurtowników najbardziej eksponowanych, umiejscowionych niedaleko wejścia ma Targi nikt nie zadbał o wystawienie cen. Transakcja kupna-sprzedaży odbywa się więc jak kiedyś na Stadionie X-lecia, choć kupno na stadionie dawało kupującemu większą satysfakcję; tam przynajmniej mógł się targować i mieć poczucie satysfakcji jeżeli udało mu się zbić cenę, poza tym mógł nabyć rzeczy nielegalne w dobrych cenach (jak muzyka czy pirackie oprogramowanie); na Targach Książki - odwrotnie, wszystko jest legalne, ceny są stałe, tyle że oficjalnie nie istnieją... Sprzedający podają cenę z głowy, lub z kartki na wyraźne żądanie ze strony klienta. Trudno opisać jaki trzeba podjąć trud żeby w napierającym tłumie (a w sobotę było na prawdę bardzo, bardzo tłoczno) przebić się do obsługi stoiska i dopytać o cenę. Przy czym cen nie ma zarówno p r z y książkach jak i n a książkach, więc musimy zaufać sprzedawcy, że podana cena nie pochodzi z kosmosu tylko jest autentyczną ceną danej pozycji uznaną przez wydawnictwo. Tylko kilka stoisk (osobiście widziałem 2) miało kasy fiskalne, co przynajmniej daje poczucie, że nie jesteśmy nabijani w butelkę. Co Państwo sądzą o takim sposobie kupowania towaru tak specyficznego jak książka. Uciążliwe? Denerwujące? Krępujące? Jasne że tak!. Czy kupującym to przeszkadza? - nie wiem; mnie bardzo, tak jak i bardzo mi przeszkadzał tłum kłębiący się w sobotę na targach, tłum kupujący bilety wstępu, tłum stojących do szatni i wreszcie tłum ludzi kręcących się we wszystkich kierunkach między stoiskami targowymi. Korki, zatory, małe dzieci pod nogami, czasem dodatkowy zator ze względu na kolejkę do jakiegoś autora podpisującego książki. Upał, duszno. Horror... To oczywiście nie jest wina klientów, ale może Organizatorzy powinni pomyśleć o rozbiciu Targów na 2 edycje? (np. osobno książka, naukowa, a w innym terminie albumy i beletrystyka?). No bo przecież hala Targów w Krakowie nie jest z gumy. No więc w zeszłą sobotę, kiedy wreszcie po wielu minutach uprawiania ocieractwa i pracowitego przebijania się (często pod prąd), w hałasie ludzkim i nieustannie nadającego radia targowego w końcu spoceni jak Eskimos w Egipcie docieramy do stoiska, o które nam chodziło, staramy się ponad głową skłębionej wokół stoiska ciżby dostrzec poszukiwany tytuł. Powiedzmy jeszcze, że mamy sokoli wzrok i jesteśmy wysocy i nam się to w końcu udało i wtedy... okazuje się, że książka nie ma ceny!! Pozostaje nam więc przebicie się przez tłuszczę innych książkopożeraczy i "wyhaczenie" sprzedawcy na stoisku (kontakt wzrokowy!) oraz zapytanie ile to taka, a taka pozycja kosztuje, on/ona usłyszy nasze pytanie lub nie, w końcu coś odpowie, a my nie mamy możliwości sprawdzenia czy to dobra cena, ani porównania z innymi ofertami bo tylko tu mamy te książkę. Koszmar! Na tym tle kupowanie w zwykłej księgarni lub w Internecie wydaje się wręcz rozpasanym luksusem... Zresztą może na targi przychodzą jedynie ludzie obrzydliwie bogaci, którzy z pieniędzmi się nie liczą? A przecież jeszcze trzeba książkę obejrzeć, przekartkować. Nikt już nie wychodzi z domu żeby kupić kiełbasę zwyczajną, a wraca z Miłoszem "bo rzucili i stała kolejka"; nawet wydaje się powszechny pewien nadmiar zadrukowanego papieru i jak grzyby po deszczu wyrastają zwykłe i internetowe księgarnie taniej książki. No więc ludzie błądzą, kręcą się i dopytują o wszystko co powiększa tylko zamieszanie przy stoiskach.. Nie są przy tym (no bo nie ma cen) w stanie spokojnie zrobić jakiegoś własnego planu budżetowego żeby na wszystkie wymarzone książki wystarczyło pieniędzy. Ani bankomatu, ani możliwości zapłacenia kartą. Pozostaje pożyczka od przyjaciół, albo rodziny o ile spotkamy ją w tym właśnie miejscu. A może w Krakowie nie wypada mówić o pieniądzach, nikt nie pyta o cenę i na to właśnie liczą wystawcy? Dziwne to, że targi skierowane do tak dużej rzeszy ludzi, usiłują ubierać się w jakąś pokrętną elitarność w imię powiedzonka z Monte Carlo "kto pyta ile kosztuje jacht, tego nie stać na jacht". Chciałbym podkreślić, że na tym tle znacznie lepiej wypadają wystawcy z "uliczki" książki edukacyjnej i akademickiej. Tu ceny pojawiają się znacznie częściej, no i jest tu o wiele spokojniej. W te rejony docierają już tylko ci, którzy interesują się jakąś konkretna dziedziną wiedzy. To dobrze, że po tropikalnych upałach i szaleństwie panującym wśród wydawnictw komercyjnych tu można chwilę odpocząć, znaleźć cos dla siebie, książkę niespiesznie przejrzeć, porozmawiać z przedstawicielem wystawcy. I do tego spoglądając na ceny spokojnie zaplanować wydatki. I jeszcze na koniec mała dykteryjka - może troszkę prowokacyjna, ale warta rozważenia; ta krótka rozmowa przypomniała mi się kiedy w latach ubiegłych widziałem na Targach Książki tłum ludzi stojących w kolejce do pewnej bardzo poczytnej od kilku lat autorki (w tym roku odwołała, chyba w ostatniej chwili, swoją wizytę na Targach). Dwie starsze panie rozmawiają o trzeciej: "... ta X to taka idiotka... ale właściwie dlaczego, przecież tyle książek przeczytała..." - zwróciła się pani A do pani B, na to pani B : "no tak X przeczytała mnóstwo książek, ale co z tego, skoro wszystkie głupie..."
|









W ostatnią niedzielę, 8. listopada, zakończyły się 13. Targi Książki. Myślę, że warto podzielić się paroma uwagami z perspektywy zarówno organizatora jednego ze stoisk targowych jak i "szarego zjadacza" literatury.


