Ścieżka powrotu

Krakowska Gazeta Internetowa Kultura Śladami perkusji po Europie
Smaller Default Larger
Śladami perkusji po Europie PDF Drukuj Email
Kultura
czwartek, 01 kwietnia 2010 10:42 | Wpisany przez Artur Arnold

Człowiek nie zawsze z wyprzedzeniem wie gdzie pojedzie i co zastanie na miejscu. Towarzysząc przez kilka lat synowi w rozmaitych wyjazdach związanych z jego pasją - grą na perkusji pojawiałem się w miejscach, o których istnieniu często nawet nie wiedziałem, albo nigdy nie przypuszczałem, że do nich dotrę.

Mój syn Tomek ostatnio najczęściej gra na marimbie, choć nie stroni też od innych instrumentów perkusyjnych. Można o nim tu i ówdzie przeczytać w tak życzliwej dla niego Krakowskiej Gazecie Internetowej (np. tutaj: http://krakowska.info/index.php/kultura/258-wiatowy-sukces-krakowskiego-muzyka-tomasza-arnolda).  
Podczas wyjazdów syn miał mało wolnego czasu, ale ja miałem kilka chwil na spacery i obserwację, postanowiłem więc poukładać te odwiedzane przez nas miejsca alfabetycznie (wg nazw krajów) i trochę o nich opowiedzieć. Przy okazji będę miał możliwość napisania kilku słów o atmosferze kraju, czy miasta, obyczajach i innych sprawach (związanych z muzyką i niekoniecznie).

Jak wygląda zatem życie młodego, ambitnego perkusisty, który chce pokazać się tu i ówdzie, aby poszerzyć swoje umiejętności, albo zmierzyć się z innymi perkusistami? Otóż znajduje (najczęściej w Internecie) odpowiedni kurs mistrzowski, festiwal czy konkurs i po dopełnieniu formalności jedzie tam, gdzie coś się dzieje, a prawie wszędzie w Europie są zapaleńcy zajmujący się organizacją imprez perkusyjnych. Jednym słowem, inaczej jak w przypadku wakacji, nie sami wybieramy miejsce (albo jak to się ostatnio modnie mówi - „destynację”), ale miejsce, niejako, wybiera nas.

Zaczynamy od litery A, jak Austria.

Austria, Salzburg. Lipiec/sierpień 2009

Zbliżając się do najstarszej części miasta nie możemy mieć żadnych wątpliwości, że Salzburg, z górującą nad miastem twierdzą, to miasto wybitnie turystyczne, opromienione wielkością Wolfganga Amadeusza, który w tym mieście się urodził i przez jakiś czas mieszkał, a w latach 1769 – 1781 pracował dla arcybiskupa, zanim został przez niego odprawiony (wyjechał wtedy do Wiednia). Jak na miasto Mozarta przystało zewsząd atakują nas sklepy z czekoladkami Mozart w najprzeróżniejszych kształtach (kształty różne, ale smak, zawsze ten sam). Ta obsesyjna handlowa eksploatacja sławy kompozytora urasta czasem do rozmiarów nieco karykaturalnych. To, że wszędzie są sklepy z tymi czekoladkami można zrozumieć, ale gdy przed którymś tam z rzędu czekoladkowym sklepem stoi kartonowa figura Mozarta w skali 1:1 trzymającego własną czekoladkę w ręku to dla mnie już drobna przesada. Przecież Mozart to jednak nie Kaczor Donald, ani celebrytka radośnie podszczypywana przez fanów. A najgorsze jest to, że nie może zaprotestować… Miasto jest nastawione na turystów i tego nie ukrywa. Przeciwnie, staje na głowie żeby o tym nie można było zapomnieć. W najstarszej części miasta (w znacznej części barokowej) ciekawostką dla mnie są sklepy z wyrobami świątecznymi funkcjonujące całorocznie. Za szybami wystawowymi spotkamy tu zatem kompletnie ubrane choinki, upstrzone od góry do dołu ozdobami oraz całe góry (dosłownie!) kartonów pełnych bogato zdobionych jaj wielkanocnych… a przypominam, że mamy lipiec! To pocieszająca informacja dla tych, których razi rozpoczynanie Bożego Narodzenia w polskim handlu „już” na początku listopada.

Poza tym miasto jest naprawdę pięknie położone nad rzeką Salzach u podnóża Alp i pełne zabytków. Pierwszym biskupem Salzburga został Św. Rupert, który doceniając znaczenie wydobywanej tu soli nadał miastu nazwę "Salzburg", czyli "Zamek Solny". Rolę siedziby biskupów Salzburg spełniał od 739 roku, a od 798 była tu siedziba arcybiskupstwa.
Salzburscy biskupi naprawdę dobrze się tu czuli; jako ciekawostkę obyczajową można przytoczyć, fakt, że biskup Wolf Dietrich mieszkał tu w pałacu, który wzniósł w 1606 roku (nazwanym później Mirabell) ze swoją żydowską kochanką Salome Alt i… gromadką dzieci. Pałac istnieje do dziś a otaczający go Mirabellpark, jest - jak chyba wszystko w Austrii - poprzycinany, uładzony i metodycznie poukładany. W ogóle sterylność i, jak dla mnie, raczej przesadne uporządkowanie to cecha, która w mojej opinii, może przeszkadzać w bezkrytycznym przyjmowaniu Austrii jako interesującej turystycznie i przyjaznej dla turystów-włóczęgów, chcących się zagubić w nieznanych miejscach. Mimo licznych walorów turystycznych i długiej historii, w Salzburgu nie oddycha się przeszłością, pomimo skomplikowanej sieci uliczek i złożonej architektury czuć tu zamiłowanie do form uporządkowanych, nieustannie wprowadzanych przez gospodarzy. Miasto wygląda i działa trochę tak, jakby było wybudowane przed chwilą, jakby żyło jedynie jako park rozrywki dla turystów. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Salzburg funkcjonuje trochę wg zasady „Ostatni turysta wyjeżdża – wyłączamy światło”. Czasem aż się boję żeby coś takiego nie stało się z Krakowem… (a już pewne symptomy w naszym mieście mamy).
„To takie wielkie muzeum” – powiedział mój syn i chyba utrafił w sedno sprawy. Muzeum, czyli miejsce, w którym podziwiamy eksponaty i jednocześnie jakoś jesteśmy skrępowani, bo przecież wszystko zostało zakonserwowane, wypucowane na wysoki połyski i rozumie się samo przez się, że nie można niczego dotykać. Sposób odnawiania tego w końcu bardzo pięknego miasta, też jest dla mnie dyskusyjny. Wszelkie działania podejmowane są jakby z założeniem, że wszystko ma wyglądać jak nowe, jakby zostało wybudowane wczoraj, a nie przed wiekami. To wzmaga poczucie umuzealnienia i jakby pewnej, umownej teatralności otoczenia. Tutaj turysta musi mieć pewność, że opierając się przypadkowo o zabytkową kamienicę nie pobrudzi sobie podkoszulka… ani – tym bardziej – garnituru, gdyż w Salzburgu odbywa się corocznie wielki letni festiwal muzyki klasycznej i obowiązują wtedy stroje bardzo formalne i bardzo wieczorowe. Dlatego miasto w letnie wieczory stanowi przedziwną mieszankę turystów w t-shirtach i dostojnych panów oraz pań w hipereleganckich kreacjach, zmierzających właśnie na kolejny koncert Salzburger Festspiele.
Chodniki, zatem są równiuteńkie, Elewacje mienią się blaskiem nowych tynków; na przykład dom urodzenia Mozarta, ma fantazyjny kanarkowy kolor, trochę mi przypominający nowobogacką zasobną w kicz architekturę polskich miast i wsi z ostatnich kilkunastu lat.
Wiem, że to dosadne porównanie, ale robienie za wszelką cenę pieniędzy na Mozarcie jednak może razić. Tymczasem tu bez żadnego umiaru reklamuje się i sprzedaje wszystko co z kompozytorem związane (i do tego nikt nie żąda opłat za prawo do wizerunku…). Napis "Mozarts Geburtshaus" na wspomnianym domu urodzenia Mozarta jest wielki, złoty i szpeci elewację (i tak już widoczną z daleka) za to nikt nie może go przegapić. Przykład Salzburga może uczyć co się dzieje, kiedy ktoś decyduje się poświęcić miasto dla turystyki, zabrać mu charakter i wydać wszystko na pastwę handlu i usług turystycznych.
Wszystko w Salzburgu jest idealne, czyste, sterylne higieniczne i momentami zbyt jaskrawe; jak zupełnie inaczej wyglądają stare miasta francuskie, czy włoskie! Tam jest życie, a tu gablota na martwe motyle. Piękne, ale niedowołanie pozbawione możliwości latania.
Oczywiście architektura i piękne położenie miasta broni się mimo wszystko i dlatego warto spędzić w Salzburgu i okolicach kilka dni. Przy okazji można nie oddalając się zbytnio od miasta zrobić sobie wycieczkę do jaskini lodowej Eisriesenwelt, udać się kolejką na pobliski szczyt alpejski, albo pojechać do pałacu Hellbrunn biskupa Markus Sittikusa ze znakomitym parkiem pełnym zaskakujących wodnych niespodzianek w ogrodach (polecam!).
Jeszcze jedna atrakcja w pobliżu to alpejskie jezioro Königssee z pięknie położonym kościołem na półwyspie wcinającym się w jezioro. Tu niespodzianka pozytywna, nad jeziorem foldery w kilku różnych językach, a w tym po polsku (a to ciągle jeszcze rzadkość). No i niestety niespodzianka negatywna, do jeziora nie można się zbliżyć, nie można przejść się ścieżka spacerową wzdłuż brzegu jak w tylu innych miejscach na świecie. Aby zobaczyć cokolwiek trzeba zostawić samochód na gigantycznym parkingu, a potem obowiązkowo przesiąść się na jeden ze stateczków turystycznych, które płyną jeziorem. Dopiero kiedy stateczek dopłynie do przewidzianego programem brzegu można trochę się przejść i rozejrzeć. A tam jest naprawdę bardzo pięknie. Nietania to jednak przyjemność, no przy okazji okazuje się, że dość ograniczona. Stateczki są bardzo ciasne, niskie i nie mają otwartych pokładów. Patrzeć można tylko przez małe okienka po bokach. Przy tak wielu turystach stłoczonych w dusznym wnętrzu to niezbyt sympatyczne doznanie. Nad głową dach na wysokości ok. 2,20 m. Nici z oglądania majestatycznych szczytów, koło których się przepływa. Jakoś udało mi się wystawić przez okno kamerę i filmować podczas rejsu. Ku zdumieniu mojemu i żony, gdy obejrzeliśmy film okazało się, że obraz z kamery był znacznie ciekawszy niż ten widziany w rzeczywistości. Po prostu więcej było widać… To kolejny przyczynek do rozprawiania o austriackim sposobie organizowania turystyki. Wszystko jest domknięte i pod kontrolą,  nikt też nie może wypaść do wody. Pewnie dlatego stateczek jest mały, szczelny i zamknięty z każdej strony. Organizator musi mieć pewność, że turysta nie zrobi sobie krzywdy. Pilot-przewodnik ma wszystkich na oku i siedzi przy wejściu. Pewnie dlatego żeby nikomu nie przyszło do głowy wymaszerować wprost do chłodnej wody Königssee w trakcie rejsu. Aż dziw bierze, że są kraje takie jak Chorwacja gdzie na otwarte morze podczas zwiedzania parku Kornati wypływają małe, rodzinne i nie zawsze nowe stateczki, ale o ile przestronniejsze od tych austriackich; nikt nie musi siedzieć w środku, każdy może spędzać czas na pokładzie i pooddychać morską bryzą; a tymczasem od rana, bez ograniczeń obsługa częstuje domową rakiją i winem…(w cenie biletu). Jedną z atrakcji jest zakotwiczenie stateczku na pełnym morzu i namawianie turystów na skoki do wody wprost z pokładu, co turyści czynią z dużą przyjemnością i nikt się o nic nie martwi…
Cóż, to z pewnością kwestia obyczajowości, czy tzw. charakteru narodowego, który rzutuje na wszystkie dziedziny życia. Austria to poukładany kraj i żyją w nim poukładani ludzie. Trochę szkoda, że turystyka, z którą się zetknąłem w tym rejonie jest taka plastikowa, bo pięknych miejsc w Austrii nie brak. Ale to moja prywatne odczucie i można z nim dyskutować. Osobiście, nie lubię chodzić w parach… Najlepiej sprawdzić osobiście czy odpowiada nam takie robienie wszystkiego „pod turystę” i prowadzenie za rękę. A tanio nie jest, parkingi koło atrakcji turystycznych też najczęściej są płatne.

No i na koniec kilka słów o konkursie, bo to przecież felieton „Śladami perkusji”. Międzynarodowy Konkurs Marimbowy to duża i otwarta impreza, czyli nie było tu żadnych ograniczeń wiekowych. Tomek zagrał bardzo dobrze w pierwszym etapie i dostał się do etapu drugiego. To było, przy wielu dojrzałych i starszych wiekiem muzykach biorących udział w konkursie, spore osiągnięcie.
Uniwersytet Mozarteum, na którym odbywał się konkurs to bardzo współczesny budynek wkomponowany w centrum Salzburga. Duży przeszklony holl. Wielkie okna. Minimalizm architektoniczny nie przeszkadza, gdyż budynek jest na swój sposób ukryty, wpasowany w inne zabudowania i zieleń parku Mirabell.
W konkursie wzięło udział wielu znakomicie się zapowiadających młodych perkusistów-marimbistów z całego świata. Ta prestiżowa uczelnia pewnie jeszcze nieraz będzie miejscem, spotkania młodych ludzi sprawdzających swoje wykonawcze możliwości w mieście Mozarta i na uczelni nazwanej jego imieniem, ale grających zupełnie niemozartowską muzykę. Będą współzawodniczyć grając na instrumentach, które Mozartowi nie były znane i być może (traktując sprawę nieco z przymrużeniem oka,) tylko dlatego na marimbę niczego nie napisał…

 

 

Tourismus Salzburg