Ścieżka powrotu

Krakowska Gazeta Internetowa Kultura Z plecakiem do Pragi
Smaller Default Larger

Dzielnica IV Kraków

TVP 3


meble biurowe


Z plecakiem do Pragi PDF Drukuj Email
Kultura
sobota, 18 września 2010 19:24 | Wpisany przez Iza Solarz
Czasem trzeba po prostu spakować plecak i wyjechać, żeby popatrzeć na wszystko z dystansem. Tym sposobem ja i mój plecak wylądowaliśmy w Pradze. 
W stylu Zachodnich plecakowych podróżników zorganizowałam sobie zamieszkanie w hostelu. Różni się od hotelu paroma istotnymi szczegółami – nigdy nie wiadomo, z kim będziesz mieszkał i nie licz, że wszyscy będą koło Ciebie skakać. Daje to szanse na spotkanie ciekawych ludzi, ale może być też zwiastunem totalnej katastrofy. Moją była chrapiąca parka przemiłych Amerykanów. Ich wspólnota hałasowania była chyba przyczyną, dla której byli razem. Ten duet  bez  problemu budził sąsiedni pokój, ale nie siebie nawzajem.
Na miejsce dotarłam po kilkunasto godzinnej, męczącej podróży autobusem, w sąsiedztwie dresa, który rozwalił się na 2 siedzeniach (ale nie było odważnego, który by mu to wypomniał), chłopca, który myślał, że jest metalowcem i obszernej kobiety z obszernymi siatkami. Nie można się było nudzić! Chyba trudno mi się dziwić, że kiedy zobaczyłam swoje łóżko po prostu na nim wylądowałam i do rana nic nie pamiętam.
Szanujący się turysta nie wychodzi z pokoju bez przewodnika w ręce i mapy. Tym sposobem zaplanowałam sobie swoje 2 dni – pierwszy Hradcany, drugi stare miasto. A nocami- absynt! Angielski przewodnik ostrzegał tę część trustów, którzy nie rozumieją pojęcia „mocny alkohol”, żeby pod żadnym pozorem nie mieszać absyntu z żadnym innym trunkiem, nawet jeśli po wypiciu będą mieli wrażenie, że zjedli tubkę pasty do zębów.
Na obchód miasta wyruszyłam z samego rana, żeby uniknąć tłumu turystów. Wszyscy wiedzą, że jeśli chcesz uniknąć powodzi rodzin z wózkami i zawodzącymi niemowlętami, musisz zaszyć się w jakiejś kawiarni w godzinach po-śniadaniowych i po-obiednich. Tradycyjna trasa każdego, kto jest pierwszy raz w jakimś mieście – najbardziej znane zabytki. Więc Rynek, Most Karola i Zamek Praski. Nic, co odbiegałoby od schematu zwiedzania i trasy przewodnika. W Zamku zastosowałam stary trick – kiedy tylko trafiałam na grupę, która mówiła w cywilizowanych języku, przystawałam, żeby złapać te szczegóły, których nie mam w swojej książeczce. Tym sposobem trasę, którą ze słuchawką przy uchu (nazywaną audio przewodnikiem) powinnam przejść w 2 godziny, skończyłam po ponad 6. Nie odmówiłam sobie biletu, który upoważniał mnie do wejścia w każdy dozwolony zakamarek. A do tego dorzuciłam jeszcze atrakcję dla małych i dużych – muzeum zabawek! Urzekły mnie malutkie laleczki, XVIII wieczne domki dla lalek, konne wozy strażackie i pochodzące z XIX wieku małe stacje kolejowe i pociągi. Oprócz tego ogromna różnorodność misiów, lalek z porcelany, figurek zwierząt i żołnierzyków. Drugie piętro muzeum było w całości poświęcone ikonie przemysłu zabawkowego, a nawet i popkultury – lalce Barbie. Od pierwszych, które pojawiły się na rynku w latach 60’, do najnowszych, które stworzyli znani projektanci, chcąc uczcić 50 urodziny lalki. Szczęściara, tyle lat i ani jednego siwego włosa …
Po ciężkim dniu zwiedzania, czas na obiad! I tu pojawił się problem. Łatwiej znajdziesz restaurację z kuchnią kazachstańską, niż sklep, w którym kupisz półprodukty. Po 2 godzinach szukania zrezygnowałam z własnoręcznego szykowania obiadu (urok mieszkania w hostelu) i poszłam jak cywilizowany człowiek do czeskiej restauracji. Zupki mają pyszne! Wszystko to co lubię, czyli smakowite kluseczki! Zachwycona nowo odkrytymi specjałami, zrobiłam powtórkę z kulinarnych przygód następnego dnia. W tej samej restauracji. Polecam!
Po drodze musiałam odwiedzić muzeum, które polecała nam polonistka – Muzeum Franza Kafki. Bilet w dłoń i idziemy. Jeśli ktoś nie jest książkofilem, niech omija to miejsce szerokim łukiem. Najszerszym jakim może. Ani trochę nie zainteresują go oryginały listów, pierwsze wydania książek czy świadectwa o stanie zdrowia umierającego pisarza. A już na pewno nie zrozumie, dlaczego w sali poświęconej „Procesowi” nie ma nic poza metalowymi szafkami na kartoteki, w których można się przejrzeć jak w lustrze. Każda z szuflad opisana jest imieniem postaci z którejś z książek albo przyjaciela Kafki. Klaustrofobiczne i trochę przerażające, zwłaszcza w dobie totalnej obserwacji.
Maraton zwiedzania zmusił mnie do przerwy. Krótka drzemka  i wieczorny spacer, żeby obejrzeć miasto nocą. I wtedy odkryłam najlepszą rzecz w Pradze – TRDELNIK! Po ludzku to ciacho, robione z ciasta podobnego do bułeczek, oplatanego wokół metalowego wałka, a następnie obracane nad piecem. Przed pieczeniem ciasto wkłada się w cukier i migdały, po upieczeniu obficie posypuje cukrem i cynamonem. PYSZNOŚCI! Miła Pani Sprzedająca chyba mnie zapamiętała, tak często się tam wracałam…
Ten intensywny dzień musiał zakończyć się mocnym snem. Nawet chrapanie nie mogło mnie obudzić. Na kolejny dzień zaplanowałam atrakcje Starego Miasta i Josefowa, dzielnicy żydowskiej. Niestety, nie zanotowałam sobie przed wyjazdem, że w tym czasie zaczynał się żydowski nowy rok i wszystkie synagogi i cmentarze były zamknięte ( nie wspomnę o tym, że najdroższym biletem wstępy na terenie całej Pragi jest bilet do którejkolwiek ze znanych synagog). Mogłam tylko zrobić zdjęcia z zewnątrz i przejść się uliczkami. Wypiłam kawę w Cafe Franz Kafka, wysłuchałam koncertu organowego w kościele i poszłam do Muzeum Maszyn Seksu (bilet tylko za okazaniem dowodu osobistego). Widzów o słabych nerwach prosimy o wykreślenie tej atrakcji ze swoich map. Zaczyna się lekko i przyjemnie, kolekcją gorsetów i „cnotliwych koszul nocnych”. Potem seans hiszpańskiego filmu erotycznego (z 1920 roku!) i zaczyna się prawdziwe zwiedzanie. Na pozostałych dwóch piętrach muzeum zgromadzone są najdziwniejsze gadżety i „maszyny erotyczne” jakie tylko ludzkość mogła wymyślić. Drewniane, gumowe, metalowe, do użytku jedno- lub wielo-osobowego. Gdyby nie opisana instrukcja obsługi, przeznaczenia wielu przedmiotów ciężko byłoby się domyślić. Dla zainteresowanych mogę udostępnić nielegalnie zrobione zdjęcia. Całe muzeum było okamerowane. Zapewne aby uniknąć testowania urządzeń przez zwiedzających … Tylko kto odważyłby się wypróbowywać eksponat, opatrzony czerwoną tabliczką „UWAGA NIEBEZPIECZNE”? Aż ciężko sobie wyobrazić, że to wszystko naprawdę mogło być wykorzystywane… Wśród odwiedzających dominowały dwie reakcje – zdumienie i rozbawienie. To zrozumiałe.
Bardzo żałuję, że nie mogłam spędzić tak chociaż jednego dnia więcej. Starałam się być tym typem turysty, który wszędzie zagląda i nie boi się wejść do miejsc, w których nie mówi się po angielsku. Taką podróż mogę polecić każdemu, kto chce wyjechać gdzieś niedaleko, odpocząć i zobaczyć naprawdę piękne miasto.