Ścieżka powrotu

Krakowska Gazeta Internetowa Kultura Henryk Sienkiewicz
Smaller Default Larger

Dzielnica IV Kraków

TVP 3


meble biurowe


Henryk Sienkiewicz PDF Drukuj Email
Kultura
wtorek, 29 marca 2011 16:18 | Wpisany przez Agnieszka Rozpłochowska-Boniatowska

Jeśli by zapytać przypadkowego przechodnia, z czym kojarzy nazwisko Sienkiewicza, odpowiedź będzie przytłaczająco krótka: „Polak, patriota, katolik”, kolejność właściwie dowolna.

Słabość tego zestawienia polega na tym, że niczego już dodać nie można (pomińmy już taki drobiazg, jak kwestia zgodności z prawdą). Sto trzydzieści lat temu wystarczył sam tekst powieści, by ludzie oszaleli na jego punkcie, dziś tekst to za mało, zresztą, tekstu na ogół nie chcemy, a wszystko przez narzucony nam odgórnie kult, dla samego Sienkiewicza mocno zresztą krzywdzący; trzeba więc przygodę z Szanownym Noblistą zacząć od nowa, wyzerować wspólne konto i przedstawić się raz jeszcze, oswoić dzikusa w sobie i dać się ucywilizować wytwornemu gentlemanowi w binoklach. Na fotografii, jaką opatruje się co staranniejsze wydania Sienkiewiczowskich dzieł, widnieje dostojny starszy pan bez uśmiechu, o starannie wypielęgnowanej siwej brodzie, ginącej w wysokim, sztywnym kołnierzyku, przenikliwym spojrzeniu zza szkieł i eleganckiej kamizelce, opinającej zaokrąglony nieco brzuszek – całość bardzo godna i bardzo… onieśmielająca.

A przecież swego czasu Sienkiewicz uchodził za jednego z najprzystojniejszych mężczyzn, nie tylko w Krakowie czy Warszawie, lecz także w rozlicznych kurortach i zagranicznych uzdrowiskach, w których spędził lwią część życia (mało kto pamięta, że Sienkiewicz zmarł w Szwajcarii, w czasie pierwszej wojny światowej). Mało który z kronikarzy epoki nie unosił się nad smagłą cerą pisarza (zdarzały się podobno sytuacje, w których brano go za cudzoziemca, kreolskiej np. krwi) i jego „płomiennymi, hiszpańskimi oczyma”, by pozostać w stylu epoki. Jeden z wielbicieli talentu mistrza odważył się zestawić Sienkiewicza z Antinousem, przy czym grecki młodzieniec sromotnie przegrał z autorem Quo vadis? w kwestii urody. Niewczesne porównanie można potraktować w kategoriach anegdoty, faktem jednak jest, iż wszelkie wystąpienia, odczyty czy prelekcje, jakim patronował znakomity pisarz, gromadziły na sali najpiękniejsze kobiety Warszawy i nie tylko. Bywało niejeden raz, że na balu, o którym wiedziano, iż gościć będzie Sienkiewicza, aż roiło się od dam, strojnych w suknie kopiowane na strojach sienkiewiczowskich bohaterek. Otoczony powszechnym uwielbieniem, żeniony był przez lokalną plotkę co najmniej trzy razy w roku, choć jemu samemu żeniaczka ani w głowie była (do czasu)! Nie dziw więc, iż Bolesław Prus, najznakomitszy z literackich rywali Sienkiewicza, w nagłówku jednego ze swych felietonów pytał zgryźliwie Co p. Sienkiewicz wyrabia z piękniejszą połową Warszawy. Sam natomiast obiekt westchnień przez całe życie cierpiał z powodu kompleksów: że jest za niski i że ma – za dużą głowę. I tak, pod koniec lata 1879 r., trzydziestotrzyletni Sienkiewicz utrzymywał się z pracy publicysty, ostatni grosz wydając na rozliczne podróże; cała też Warszawa huczała od plotek na temat niewiarygodnych długów młodego dziennikarza ( w rzeczywistości zaledwie zaistniałych, lecz to właśnie rzekome długi oraz niepewność losu, uzależnionego od pióra, były przyczyną, o którą rozbiły się pierwsze zaręczyny pisarza, bezceremonialnie odprawionego przez rodziców młodziutkiej narzeczonej). Podobnie na koncie literackim: Sienkiewicz zasłynął jako piekielnie zdolny autor nowel oraz Listów z podróży do Ameryki, o powieściach mowy jeszcze nie było (nie liczymy tu pierwszej, młodzieńczej powieści, popełnionej w czasach zarobkowania w charakterze guwernera), zwłaszcza o powieściach, które, tak jak Trylogia, nieść miały „pokrzepienie serc”; przeciwnie – młody autor zyskał swymi pierwszymi utworami opinię pesymisty i radykała, i trudno było sobie wyobrazić, że coś mogłoby go z tej drogi zawrócić.

A jednak znalazło się takie coś, a raczej ktoś, w osobie Maryni Szetkiewiczówny, Litwinki z dziada pradziada, pierwszej i najbardziej ukochanej żony Sienkiewicza. Nie poszło jednak tak łatwo, jak można by się spodziewać. Panna pochodziła z rodziny, w której dziewczynki wychowywano w żelaznej dyscyplinie; „samuraje w krynolinach”, jak mawiały o sobie białogłowy z tej szacownej familii. Sama Mańcia, jak ją pieszczotliwie nazywali najbliżsi, była kobietą niezwykłą, o której urodzie i odwadze przetrwały liczne opowieści; co więcej, w chwili, w której poznała Sienkiewicza, planowała wyjazd do Zurychu, by na tamtejszym uniwersytecie studiować chemię, poważne konkury zdawały się więc nie wchodzić w grę. Rodzina Szetkiewiczów oraz sam Sienkiewicz bawili wspólnie przez kilka jesiennych tygodni w Wenecji; kiedy Mania z rodziną wróciła do Warszawy, nie widzieli się przeszło rok, a jednak wspomnienie tych parunastu dni było tak silne, że – Sienkiewicz oświadczył się Maryni listownie. Panna nie odmówiła, ale i nie powiedziała „tak”: opatrując wszystko jednym wielkim „może”, nakreśliła szereg warunków, jakie Sienkiewicz musiałby spełnić, by zdobyć rękę wybranki (bo serce zdobył może i od razu…), wśród nich najważniejsze było ustatkowanie, spłacenie długów i, co ciekawe, doskonalenie pisarskiego kunsztu. Sienkiewicz wyzwanie podjął i wyszedł z niego zwycięsko: w sierpniu 1881 roku młodzi biorą ślub w Warszawie.

Rozpoczyna się najszczęśliwszy okres w życiu Sienkiewicza: sam wybiera mieszkanie, mebluje je i ozdabia, dba o najdrobniejsze wygody ukochanej żony, chociaż sytuacja materialna młodych państwa wciąż nie nastraja optymistycznie… Sienkiewicz pisze coraz więcej, z początkiem 1882 roku zostaje redaktorem naczelnym w warszawskim „Słowie”, w lipcu tego roku na świat przychodzi syn, imiennik ojca, a w grudniu 1883 r. – córka Jadwiga. Przepełniony entuzjazmem, rwie się do literackiej roboty, pełen planów i marzeń; pół roku po narodzinach syna zasiada do pracy nad nową powieścią, pierwotnie zatytułowaną Wilcze gniazdo, w historii literatury znaną jako Ogniem i mieczem – i w tym miejscu szczęście osobiste się urywa.

Od wczesnego dzieciństwa Marynia zagrożona była gruźlicą, w wieku późniejszym wydawałoby się zażegnaną, jednak wysiłek organizmu związany z ciążą spowodował nawrót i gwałtowny atak choroby. Sienkiewiczowie zmuszeni są pozostawić dzieci pod opieką teściów i – szukać zdrowia w zagranicznych miejscowościach uzdrowiskowych. Do Warszawy właściwie już nie wracają. Rozpoczyna się dramatyczny wyścig z czasem, rozpaczliwy o tyle, że z góry przesądzony. Sanatoria, najlepsi lekarze, najlepsze wino – wszystko to kosztuje, a u Sienkiewiczów wciąż skromnie. Ci, którzy uważali na lekcjach polskiego, pamiętają, że Sienkiewicz drukował swe powieści w odcinkach, w prasie codziennej. Mało tego! Warto w tym miejscu dodać, że pisał zawsze na bieżąco, nigdy nie miał pod ręką zapasu materiału, by móc w trudnych momentach nie myśleć przez chwilę o pracy. Żoną zajmował się sam: sam woził, sam pielęgnował, sam pocieszał lub beształ, skoro zaszła potrzeba. Dni mijały przeraźliwie jednostajnie: do południa opieka nad żoną, wspólny obiad, obowiązkowy spacer, leki, a wieczorem – ileś godzin wytężonej pracy nad kartką papieru: z jednej strony barwne i dzikie obrazy z minionej Ukrainy, z drugiej, świszczący za ściana oddech Mani. Inaczej być nie mogło: nieludzka w tej sytuacji praca była warunkiem dalszego leczenia. Z tego okresu zachowała się niezwykle obfita, właściwie codzienna, korespondencja Sienkiewicza z najbliższymi w Warszawie. Baśniowość Trylogii i jej ciążenie ku szczęśliwemu zakończeniu wynikały między innymi z rozpaczy ich autora, nie do odczytania pomiędzy wierszami. Marynia zmarła 19 października  1885 roku .w Falkenstein; jednocześnie, po obronie Jasnej Góry, Kmicic z Kiemliczami galopował ku granicy śląskiej. Odzyskana na kilka lat pogoda i równowaga przepadły i nie wróciły do końca życia. W maju 1888 r. Sienkiewicz kończy druk Pana Wołodyjowskiego, z podwójnym zakończeniem: śmiercią Wołodyjowskiego i – dwuznacznym w świetle własnych losów autora – epilogiem „ku pokrzepieniu serc”. Dwa lata później światło dzienne ujrzy Bez dogmatu, przedziwna powieść intymna, ale to już zupełnie inna historia.