Ścieżka powrotu

Krakowska Gazeta Internetowa Ludzkie losy Okupacyjna historia żydowskiego dziecka...
Smaller Default Larger
Okupacyjna historia żydowskiego dziecka... PDF Drukuj Email
Ludzkie losy
wtorek, 10 lutego 2009 15:40 | Wpisany przez opracowanie Edward Brożek
(jest to relacja napisana w 1986 przez krewną Ludwika Solskiego Helenę Kotalle na prośbę Anny)

(...) Pochwalam z całej duszy Twoją chęć opisania niezwykłego i tragicznego życia i w czym tylko będę mogła -dopomogę Ci.
Oczywiście -jako przyjaciółka Bianki, w dodatku od początku biorąca w tym udział wraz z nieżyjącą już p.Sykulską dużo z tych wydarzeń pamiętam. Nie ręczę tylko za ścisłość dat bo -niestety -dużo z nich utonęło w niepamięci.
Zacznijmy więc od początku.
Ojca Twojego poznałam już po okupacji. Matkę o wiele wcześniej bo przed Twym narodzeniem. A stało się to tak, że gdy Bianka po urodzeniu drugiego (a po Edmusiu już trzeciego) dziecka leżała chora prawie dwa miesiące i nie miał się kto zajmować Nią i domem, ja przychodziłam rano -zajmowałam się domem, chorą i po przyrządzeniu obiadu wracałam do siebie.
Stąd moja częsta obecność w pracowni Ojca na dole, gdzie też poznałam Twa Matkę która często przychodziła po pieniądze za pracę męża. Niewiele tego było -i niewiele z Nią mówiłam ale byłam urzeczona Jej łagodnym wdziękiem -urodą i sposobem bycia. I nie tylko ja, ale i Twój przybrany Ojciec był (wiem to z pewnością) pod jej urokiem.

Nie pamiętam czy byli w getcie czy nie -gdy przyszła smutniejsza niż zwykle - a na pytanie co Ją gnębi (mnie przy tym nie było) oznajmiła że spodziewa się drugiego dziecka -starsza siostrzyczka już była -ale nie widziałam Jej i nie wiem ile lat miała.
Ojciec powiedział jej, że on by się cieszył w takim przypadku a nie smucił. Powiedziała Mu: Pan jest Polakiem. I widzi Pan co się z nami dzieje. A ja urodzę to biedne dziecko -a kto je wychowa i jaki los je czeka?
A na to Ojciec zapewnił Ją solennie i dał Jej słowo - że On jej dziecko weźmie -i wychowa jak własne.

Gdy przyszedł jej czas przyszła prosić o wywiązanie się z przyrzeczenia. Jak wiesz -Ojciec wywiązał się z niego.
Plan ułożono następujący: P.Sykulska była osobą samotną zgłosiła się do niej -rzekomo -kobieta z dzieckiem podająca się za jej znajomą z miejsca jej pochodzenia i poprosiła o jednodniową gościnę.
Pod pretekstem, że idzie kupić mleko -wyszła pozostawiając dziecko i więcej się nie pokazała. Zaczęły się perypetie co z maleństwem zrobić i pp Blicharzowie jako bezdzietni wyrazili zgodę na zabranie go do siebie.
Należało -oczywiście dla własnego bezpieczeństwa - zgłosić fakt podrzucenia dziecka władzom, co też uczyniono.
Niestety po paru dniach dom "nawiedziły" paniusie z RGO z nakazem oddania dziecka do Domu Dziecka -w Dębnikach chyba przy ul. Konfederackiej (nie pamiętam bo potem został przeniesiony na Bałuckiego) w każdym razie prowadzony przez SS Serafitki.
Nic nie pomogło zabrano Cię.

Ja-mieszkając blisko -weszłam w kontakt z Serafitkami -jak się to mówi -trzymałam rękę na pulsie. Przynajmniej raz w miesiącu zjawiała się kontrola z "rzeczoznawcą"który oglądał dzieci.
W takich przypadkach Ania była chowana w piwnicy -a na jej miejsce było podstawiane "przychodnie" dziecko -aby liczba się zgadzała. To zawsze robiła uprzedzana przez kogoś siostra Imelda z którą się bardzo i na długie lata zaprzyjaźniłam a która gdzieś około 1960r zmarła na serce w Rabce.

Nie pamiętam jak długo byłaś u Serafitek. Gdy wśród dzieci wybuchła jakaś epidemia( biegunka ,gorączka, wymioty) Bianka wciąż mocno niedomagała a mnie już nie bardzo chciano dopuszczać- aż którego dnia przyszło wezwanie, że dziecko można zabrać.
Poszłyśmy obie -Bianka jako ta, która decyduje się być Matką, ja zaopatrzona w chustkę -taką dużą chłopską -aby mieć czym otulić niesione dziecko.
Lekki to był ciężar -i zapewniam Cię że się zbytnio nie zmęczyłam niosąc z Dębnik na Grodzką. Byłaś cicha i spokojna gdy Cię niosłam.
Ale dopiero w domu po "rozpakowaniu" zobaczyliśmy cośmy przyniosły- a największe wrażenie uczyniło to na Twoim Ojcu, który był tak wstrząśnięty widokiem, że nie mógł się opanować.

Szkielecik nie mający po prostu nic na sobie prócz trochę skóry. I dlatego "władze" chcący pozbyć się kłopotu kazały wydać dziecko w przekonaniu, że i tak żyć nie będzie.
Ojciec załamany powiedział: będę miał trzeci pogrzeb. Ale cóż znaczą słowa, wobec kochającego serca kobiety? Nie pamiętam jak długo trwała Twoja choroba, ale wiem, że długo.
Ja sama traciłam nadzieję, że to bohaterskie poświęcenie nie pójdzie na marne. Ale, z Boską pomocą wiedzą lekarza (zaufanego przychodzącego do domu) , oddaniu bezgranicznemu Twojej Matki -przeżyłaś -bo żyć Ci było sądzone.

Później wszystko potoczyło się w swoim trybie:
Adopcja nie sprawiła wielkich kłopotów, gdyż miałaś papiery oddające Cię ludziom, którzy Cię przyjmowali za swoją, a chrztu udzielił potajemnie ksiądz ryzykujący własnym życiem.
Niestety nie znam Jego nazwiska. - Był to prawdopodobnie jakiś znajomy p.Sykulskiej- zaczęłaś powoli mówić -bo gdyśmy Cię przyniosły z Domu Dziecka nie mówiłaś jeszcze -i gruchałaś tylko jak gołąbek -jak żartując mówiłam Twojej Matce.
Rosłaś, rozwijałaś się, nie opuszczając ze słusznych obaw domu, bo niebezpieczeństwo było ciągle takie samo.
Co w tym czasie robili Twoi prawdziwi Rodzice nie wiem.
Z uwagi na Twe bezpieczeństwo nie kontaktowali się z Wami. Ojca nadal nie znałam. Siostra ( o ile pamiętam Halinka) została przez-Rodziców gdzieś umieszczona, ale nie miała niestety szczęścia przeżyć tego koszmaru.
To Ty miałaś szczęście przeżyć: Matka i siostra zginęły wśród tej strasznej zawieruchy.

Pisze może nieskładnie, wynika to z tego, że mam (zawsze miałam) jakąś dziwną pamięć: nie pamiętam dat i nie mam wyczucia czasu.
Nie tylko gdy chodzi o innych- ale nawet z własnego życia i własnej młodości. Nie pamiętam ile lat miałaś gdy ten koszmar się skończył i gdy można Cię było swobodnie wyprowadzać a przecież właśnie w tym czasie byłam ciągłym gościem, w ciągłym z Wami kontakcie.
Nie zapomnę nigdy jak przyszłaś z Matką do mnie na Wasilewskiego, gdy chorowałam na zapalenie płuc, a Ty wyszłaś do kuchni aby się wypłakać. Pamiętam, że nie tylko ja Cię kochałam, ale że i Ty jako dziecko byłaś do mnie bardzo przywiązana.
Byłaś nie tylko bardzo dobrym dzieckiem, bardzo przypominającą swoją nieszczęsną Matkę ale i wybitnie inteligentną i utalentowaną. Nie wiem do której klasy chodziłaś- gdy w radio deklamowałaś swój wiersz. Można było z Ciebie być dumnym- i Ci -którzy stali się Twoimi Rodzicami nie tylko cię kochali ale i dumni byli z Ciebie.

Ojca Twego nie znałam jeszcze wtedy. Bo tak jakoś się składało, ze gdy zachodziłam do pracowni Ojca celem omówienia spraw gospodarczych spotykałam raczej Twoją Matkę. Ojciec obawiał się dużo wychodzić.
Poznałam Go dopiero gdy wrócił i gdy po pewnym czasie zgłosił swe pretensje do Ciebie. Było to ogromne zaskoczenie dla Twoich Rodziców gdyż przez długi czas bywał u nich i niejednokrotnie zapewniał, że nie ma zamiaru odebrać Cię tym, którzy z narażeniem własnego życia - uratowali Twoje.
Nie przemógł się jednak i jak wiadomo wystąpił do sądu z żądaniem oddania dziecka. Też dat nie pamiętam, ale wiem, że trwało to bardzo długo.
Ty chyba to będziesz lepiej pamiętać. Te sądy trwały długo -nękając Was wszystkich troje, i co jeden orzekł, drugi po apelacji obalał.
Pamiętam, że Rodzice ukrywali Cię gdzieś przed komornikiem, który nachodził ich z nakazem zabrania Cię. Ale po ostatnim sądzie -który orzekł że masz pozostać w obecnym domu -Ojciec Twój wniósł apelację do Sądu Najwyższego.

Nadszedł czas gdy Go poznałam osobiście.
Adwokat prowadzący sprawę odstąpił (przepłacony lub też przekonany o przegranej) w ich mniemaniu sprawy.
Rodzice Twoi -w najwyższej rozpaczy poprosili mnie, abym udała się do Niego i uprosiła go -aby od sprawy odstąpił. Wiedzieli, że w Sądzie Najwyższym przeważają ludzie narodowości żydowskiej. Sprawa wydawała się definitywnie zakończona.
Udałam się do Twojego Ojca na ul. Starowiślną prosząc i błagając Go w imieniu Twych Rodziców -aby odstąpił od sprawy.
Mówiłam Mu, że to ludzie, którzy Ci uratowali życie -zabije ich -aby Cię pozostawił u nich do pełnoletności, gdy będziesz mogła sama decydować o sobie.
Wszystko nadaremnie. W pewnej chwili oświadczył mi , że nie może patrzeć w jak nędznych warunkach żyjesz, że on Ci stworzy odpowiednie warunki -otworzył szafę wskazując na mnóstwo biżuterii i złota: mówiąc, jak zechcę to córce mojej kupię pałac w Polsce, a nie żeby żyła w dwóch nędznych pokoikach.
Odeszłam z niczym -i patrzyłam na rozpacz Twoich Rodziców.

Na długi czas przed sesją Sądu Najwyższego zorganizowałam w Dębnikach "prywatną" akcję, Nowennę w której udział wzięły wszystkie moje Serafitki i wszystkie moje bliskie -oddane Bogu - znajome jak Hela Jasińska, Oldzia Lisińska i wielu innych, oczywiście ze mną na czele.

W dzień, w którym powrócił z Warszawy -z trudem uproszony przez Ojca stary adwokat -roztrzęsiona i zdenerwowana pobiegłam na Grodzką.
Gdy weszłam (najpierw do pracowni) Ojciec na mój widok upadł na krzesło i zalał się łzami. Myślałam, ze trupem padnę na miejscu, gdyż nie wiedziałam, że są to łzy radości.
A on, biedak płacząc opowiadał mi -jak adwokat ujrzawszy go w tym stanie powiedział sadzając go: "niech się Pan uspokoi -ja sam nie wiem jak to się stało -ale Sąd przyznał Panu dziecko".
Chwała na wysokości Bogu za tą chwile -radość, którą dał w swojej łasce tym ludziom za ich trud i miłość.

Dziś gdy patrzę na to z oddalenia -nie mam już tego za złe Twemu prawdziwemu Ojcu.
I on Cię kochał -nie miał na świecie nic -poza Tobą. Był innym człowiekiem jak Matka.
Bardziej prostym, powiedziałabym nawet prymitywnym. Ona gdyby żyła zapewne także chciałaby odzyskać swoje dziecko i zapewne zrobiłaby to winny sposób - i zapewne by się jej to udało.
Pozwalam sobie jeszcze tylko na radę: bądź dobra dla swojego Ojca- wszystko co robił -było i jest dyktowane miłością i tęsknotą dla Ciebie. On wszystko stracił: żonę którą zapewne kochał, siostrę Twą a swoją córkę a winy jego w tym nie było.
Winna była przeklęta hitlerowska zawierucha -moc zła nad światem -i przeznaczenie.


 


Obraz w czasie okupacji namalowała Kazimiera Żaba (Żabianka) późniejsza absolwentka krakowskiej ASP.
Dziś zawłaszczony bezprawnie.




Anna w latach 70 -tych w swoim mieszkaniu.