| Rodzinne wspomnienie w Dzień Zaduszny |
|
|
|
| Ludzkie losy |
| niedziela, 01 listopada 2009 20:41 | Wpisany przez fsd |
|
W ten dzień wspomina się Osoby – kieruje się za Nich modły, no bo cóż więcej zrobić. Idąc przez cmentarz dla odwiedzin zmarłych, dla wspomnienia Ich bytności i dusz – widząc nagrobki i przewijające się daty, myśl, siłą rzeczy ucieka do tego, jak wygląda moje życie, moje jak mi się wydaje jedyne i specyficzne przeżycia, na tle tych, co to byli, ale wiele nieraz lat wcześniej. Widzi się wtedy, jak pyszałkowaty jest osąd, iż oto wszystko sam sobie zawdzięczam, wszystkiego sam się dopracowałem, moje dokonania są jedynie ważne. Dziś nam się wydaje, że mamy skomplikowane życie. Oni by chyba czasem powiedzieli – nie przesadzasz? Otrzeźwiej waść. Czasem, to oni właśnie żyli w czasach, w których dane Im było się cieszyć tylko samym zachowaniem życia i sobą. I niczym więcej i to cenili najwyżej. Często – w szale pretensji konsumpcyjnych, jest to nam obce. Użyję jednego przykładu, lecz celowo – dla prostoty narracji i pokazania tylko linii życia – nie podaję nazwisk i miejsc – bo po co. Druga połowa XIX w. Młody człowiek, tuż po studiach prawniczych – ledwo zdobył (zabór rosyjski) prawa zawodowe i już, przypuszczalnie za to, że Mu się śniła Wolna Polska (konkretnego zdarzenia w detalach nie znam), został osadzony na Syberii. Nie na dożywocie, a na czas określony. Zwolniony dopiero na przełomie wieków – już jako prawie 40 –letni człowiek, znalazł się w swej wędrówce w okolicach Kijowa. Zobaczmy – tamten czas i polityka – zabrały Mu całą młodość, start do sukcesu zawodowego. Był już w belkach startowych, a wyszedł jako sterany życiem stary człowiek. Ścięty u podstaw. Umierał gdy miał 61 lat. Ale wcześniej – jeszcze go coś czekało. Jako, że prawo jakie było, takie było, ale działało – starania o przywrócenie praw obywatelskich i zawodowych zostały, jako że odpokutował, uwieńczone sukcesem. Ukazem carskim Mu je przywrócono. Poznał wtedy też młodszą od siebie o bagatela – 17 lat pannę – i jako, że była Ona wiary Prawosławnej, po spisaniu specjalnej intercyzy przed Prawosławnym Biskupem Kijowskim, pobrali się z deklaracją, iż dzieci będą wychowywali w wierze Prawosławnej. Żyli sobie, wiedli w miarę ustabilizowane życie w małej mieścinie, gdzie On pracował jako prawnik. Urodziła im się trójka dzieci. To była cała Ich stabilizacja te niecałe 10 lat – bo właśnie wybuchła I Wojna Światowa. W momencie wybuchu Rewolucji, najstarszy syn miał lat 15. Prawnik wiedział, co to za żywioł; i Rewolucja i lud i skłonności tłuszczy, które poznał na Syberii. Przed powstaniem Polski – zdołał porozumieć się z rodziną mieszkającą na zachodnich rubieżach zaboru. Ileż musiał mieć wyobraźni, którą nieco później wykazał i ta uratowała Ich jako rodzinę, by to zrobić? Przecież Polski jeszcze nie było – ale się właśnie - stawała. Musiał to przewidywać. Natychmiast więc, z równoczesnymi staraniami tej części rodziny mieszkającej na terenach nowopowstałej Polski, podjął starania o repatriację. Mając za sobą szkołę przetrwania (taki polsko- syberyjski survival) rzucił cały zgromadzony majątek, niczego nie żałował, do niczego nie był przywiązany - i podjął rodzinną, pieszą, wędrówkę ku granicy. Wędrówkę trochę chyba w ciemno, bo nie ma wiedzy czy miał potwierdzenia czy wiadomość dotarła do Polski i jaka była reakcja. W wędrówkę z całą rodziną, z dziećmi wziął ze sobą a/ dokumenty wszelakie z owymi ukazem i intercyzą b/samowar – ten gwarantował kipiatok, a picie czy wody czy herbaty z czegokolwiek, ale po przegotowaniu – to była jaka taka gwarancja zdrowia przynajmniej żołądkowego c/ kozę – co mleko daje a żywi się czymkolwiek d/ ubrania „na cebulkę” noszone na sobie – i tylko te e/ precjoza mniejsze i większe – pozaszywane w różnych miejscach różnych ubrań, zwłaszcza dziecinnych i f/ oczywiście małą, podróżną ikonę w formie tryptyku. Czy dziś by na taki exodus dwa samochody by wystarczyły i czy byśmy w ogóle ją podjęli przywiązani do majątku? Oni mieli wiarę, wiedzę i wyobraźnię. Powiadomienie rodziny z Prywislanskiego Kraju okazało się skuteczne. Oni też działali. Pierwszy etap to Kijów – skąd jako prawnik, zdołał jeszcze wydostać dokumenty repatriacyjne jako skutek współdziałania rodzinnego. Dalsza wędrówka do granicy w Szepietówce. Wędrówka była jak gra wojenna. Jak trzeba było – byli rodziną rosyjską – jak trzeba było – przyznawali się do Polskości, zawsze jednak byli jakimiś wędrownymi mużikami, co to zupę czy kawałek chleba odrabiali siłami młodego osiłka rąbiącego drwa, pomocą w polu czy w kuchni. Młodszy syn i córka – też pomagali, a to przy dzieciach, a to przy innych pracach domowych. Pochowane precjoza nie były na życie, a na .. łapówki. Tak przechodzili kontrole i działające, po prostu, bandy. Dzień po dniu, w końcu dotarli do granicy – gdzie najpierw się okazało, że czegoś brakuje w dokumentach i to wykłóciła Ona jako Rosjanka z ludu możliwość uzupełnienia braku. Siedzieli na tej granicy dwa tygodnie, bo Matka – sama, mając już oficjalny dokument przejazdu koleją, mogła wrócić do Kijowa po niezbędny papierek i szczęśliwie – wróciła. Oczekując na Nią, widzieli po drugiej stronie rodzinę z Polski, która już na Nich czekała. W końcu, przyszedł żołnierz – z kolejnym pytaniem o dokumenty – i je wziął. Na drugi dzień, już oficer, przyszedł i znów pyta się o dokumenty. Nie pomogły tłumaczenia – że właśnie zostały im wzięte do kontroli. Wyszło z tego, że są szpionami – i to na granicy! Z Polszą – Poljaki! A tu wojna o zdobycie dla komunizmu całego świata – właśnie świeżo przerżnięta niespodziewanie! I całą rodziną już byli prowadzeni na rozwałkę. Zdolności prawnicze – i znajomość mentalności – pozwoliły zaoferować ostatnią łapówkę – kozę – żywicielkę. I nagle – i żołnierz się znalazł i dokumenty się znalazły i rankiem – biegiem – już przekraczali granicę. Uratowali siebie, samowar, zegarek, obrączki, dokumenty i ikonkę. Brat bohatera naszej opowieści, jeszcze próbował ratować majątek i słuch po Nim w rewolucji zaginął. Pół roku przeszło odżywali w Polsce, po różnych częściach rodziny, ta Im pomogła ubrała i żywiła – i gdy uznano prawo do wykonywania zawodu, On, repatriant, z polskiego, popularnego punktu widzenia, prawie Rosjanin – gdy jeszcze świeży był Cud nad Wisłą – gdy Rosja sowiecka była realnym zagrożeniem, On otrzymał pracę jako Sędzia w małym powiatowym mieście. Niech mi ktoś dziś powie o realnej dyskryminacji w II RP! Synowie skończyli w tejże mieścinie szkołę maturalną i rozpoczęli studia, już w dużym, sąsiednim mieście. I w tym właśnie czasie Ojciec rodziny, bohater naszej opowieści zmarł. W sumie mając lat 61 z czego w stabilizacji przeżył tylko może z dziesięć i to jeśli by w to wliczyć pierwsze lata I Wojny Światowej. Została sama Matka z dorastającymi – studiującymi chłopakami i dziewczynką kończącą szkołę. Zamieszkali razem w tym dużym mieście, w wynajętym mieszkaniu. Najstarszy syn się ożenił i już miał jedno dziecko, drugi właśnie się ożenił z dziewczyną ……po szkole ss. Nazaretanek i po studiach. Był to więc formalnie, ślub Prawosławnego z Katoliczką. Do tego ślubu, oni z kolei, podpisywali intercyzę – ale w Kurii Rzymsko - Katolickiej, że dzieci będą wychowywali w wierze katolickiej. Mieszkali wszyscy razem w tym trzypokojowym mieszkaniu na peryferiach. Dla synowej od młodszego z braci - a mówiła mi to już mając 90 lat, i tak powtarzała zawsze, że Jej Teściowa, dla niej – synowej, osoby wyznania rzymsko-katolickiego, wychowanej przez siostry zakonne, ona – teściowa, osoba prawosławna głęboka w swej wierze i zaufaniu w Bogu, była najlepszą kobietą jaką znała. Nigdy od Niej nie doświadczyła niczego złego. W całej jednak rodzinie – i z jednej i drugiej strony, nieźle ci młodzi musieli być doświadczani – skoro jednym ze świadków na Ich ślubie był…. Organista. Koniec wolnej Polski zastał ten przekładaniec rodzinno – wyznaniowy. Niemcy oczywiście, w trybie sobie właściwym, Ich wygnali. Dziś twierdząc bezczelnie, iż to Ich wygnano. Mają nawet związek – a w równoprawnych w Unii - Niemczech – dziś nadal obowiązuje prawo nazistowskie likwidujące Polonię. Na szczęście niedaleko mieli rodzinę – tejże właśnie młodej mężatki. I też na szczęście, zarówno ona jak i Jej Ojciec, mieli zawody pozwalające na pomaganie ludziom bez względu na czasy – to znów pozwoliło Im przetrwać. I znów w jednym miejscu, żyły nie trzy a pięć rodzin! Jeszcze się parę osób przykleiło. Proszę to sobie przenieść na język codzienności i to w warunkach wojny i braków totalnych. Wyobraźmy sobie ten następny, już wojenny, przekładaniec i dzień po dniu niepewności czy aby wstanę dnia następnego. To też była rzeczywistość, bo Niemcy nie wszystkich zdołali objąć swą „opieką” bezpośrednią. W onej wsi – jeszcze nie zdążyli. Matka Rodziny, żona naszego pierwszego bohatera, zmarła w drugim roku wojny. Potem przyszli „oswobodziciele”, dla których z racji swych zawodów i postaw życiowych, byli już etatowymi wrogami ludu. A i teren mieli już przez dwóch kapusiów we wsi – rozpoznany. Dla młodej Pani – rzez się skończyła kalectwem do końca życia. Dziś młodzi bawią się dniami Nowej Huty – nie przyjmując do wiadomości, że wrogowie ludu byli planowo, fizycznie i bytowo wykańczani. Właśnie kadrami owej Nowej (dziś zabawnej i wartej sentymentów) - Polski. Tu weszlibyśmy jednak w inną opowieść – zahaczając już o żyjących Dalej opowieści więc nie ciągnę. Popatrzmy się jednak na tą opowiedzianą historię, oczami dzisiejszych naszych problemów. Warto chyba zobaczyć taką perspektywę i podziękować Tym co minęli, za Ich życie. Zobaczmy tymi oczami, że nasz bohater osiągnął wieki sukces. Ocalił siebie, rodzinę, wychował dzieci – póki Bóg Mu dał. W dzisiejszych kategoriach – 61 letni człowiek to tylko z rzadka bardzo stary człowiek. Fotografia zrobiona tuż po repatriacji pokazuje już starca. Zmarł – jak wiem, na serce. Czego Im zazdroszczę – a raczej czego się od nich, zwłaszcza młodzi, mogą nauczyć w tych naszych trudnych czasach? Wiary totalnej, każdego z nich, posiadanej na swój sposób, i cieszenia się z życia jako takiego – bo to Im było dane i jedyne możliwe. Czy nasze czasy są ciężkie? Oczywiście tak! Lecz co my, naszym następcom, zostawimy?. Przecież każde dobro materialne w końcu ginie, ulega unicestwieniu. Mamy samochód, dom, komputer i co? Czy zostawiamy Im wiarę i pamięć? Dziś się przecież nawet nie wie co rodzice – a nie tylko dziadkowie przeżywali, czego doświadczali. Rodzice nie wiedzą (bo by brutalnie ingerowali w prawa dziecka) co dziecko robi, czym żyje. Jeśli nawet taki ktoś się znajdzie – kamikadze - zaraz zajmie się Nim Pani Środa widząc zagrożenie. Odebranie praw rodzicielskich, i to nie tylko z takich powodów, może być prokurowane. Wystarczy bieda. Przecież były konkretne przypadki. Oni – w tych kategoriach – na starcie nie byliby godni wychowywać dzieci. Tymczasem - proszę Postępowców, nie tylko wychowali, to jeszcze zrobili to znakomicie. Dziś się skazujemy na to, że każdy musi swe doświadczenia ćwiczyć od nowa, w swej pysze i odosobnieniu z niczego nie korzysta, a że na to życia nie wystarcza – to i robimy błąd za błędem nie mając nawet możliwości cieszenia się samym życiem jako takim. Dajemy się łatwo nabierać pozorom – a inne wartości wydają się być śmieszne – nie praktyczne. Nie chciałbym Ich doświadczeń okoliczności ale praktyki życia społecznego – wspólnotowego – to nam brakuje. Oni, mam wrażenie, przenieśli coś, co dziś nie jest w ogóle – dla względnego jednak, z tamtej skali jakby nie patrzeć, dobrobytu – nie zauważane. Mamy rozprowadzone rodziny, pomiędzy zajęcia i bieganinę każdego oddzielnie, pomiędzy ekrany i biznesy. Czy my, dziś – potrafilibyśmy coś zbliżonego przeżyć – wychodząc z tego cało jako rodziny – cegły w murze? Oni przetrwali Sybiry, wojny, zabory, okupacje – gniew ludu pracującego i jego zidiocenie. Czy my byśmy choć cząstkę przeżyli bez przeżucia nas przez ową hydrę sybirów, wojen, zaborów, okupacji i czasów gniewu o byle co i pod byle pozorem? Takie sobie zadałem pytanie idąc przez cmentarz – by pomodlić się za bliskich, których już mam tak dużo na tym cmentarzu, że przyjdzie się do nich dołączyć. Czy za mnie będą się modlić Ci co zostaną? Może. O ile jeszcze poprawność polityczna i technologia biegu w życiu, na to pozwolą
|











