Ścieżka powrotu

Krakowska Gazeta Internetowa Ludzkie losy Moja walka o Niepodległą
Smaller Default Larger

Dzielnica IV Kraków

TVP 3


meble biurowe


Moja walka o Niepodległą PDF Drukuj Email
Ludzkie losy
środa, 10 listopada 2010 17:27 | Wpisany przez Jerzy Giza

Kiedy Polska istniała, wojsko było zawsze traktowane w Polsce jak źrenica wolności, kiedy tej wolności zabrakło, było marzeniem pokonanych. Jako chłopiec wzrastałem w tradycji powstańczej i niepodległościowej. W końcu ze strony matki i ojca miałem powstańców styczniowych, miałem też dziadka generała, stryja, który jako kapral podchorąży poległ we wrześniu 1939 r. i wujów żołnierzy Armii Krajowej.

Wszystko to rzutowało nie tylko na mój świat wyobraźni, ale również na poczucie pewnego moralnego zobowiązania służenia Polsce, tak jak to w danej chwili było możliwe.
Ponieważ nie byłem żołnierzem a nauczycielem mogłem służyć Polsce poprzez pracę zawodową, starając się patriotycznie wychować młode pokolenie, bo Polska to zbyt Wielka Rzecz, aby ją wypędzać z umysłów Polaków. Widać czyniłem to dobrze, bo w końcu - wskutek nacisków SB - wyrzucono mnie z pracy w 1988 r. za nieprzestrzeganie socjalistycznego i laickiego charakteru szkoły. Postanowiłem jednak nie dać za wygraną i w 1989 r. rozpocząłem tworzenie pierwszej w Polsce niepublicznej szkoły podstawowej (imienia Józefa Piłsudskiego), szkoły, która do dzisiaj jest w Krakowie znana z kultywowania tradycji patriotyczno-narodowych.
Drugim polem służby polskiej Sprawie była praca konspiracyjna. Angażowałem się w rozliczne antykomunistyczne działania (m.in. Akcja na Rzecz Niepodległości, Kongres Solidarności Narodu, współpraca z ministrem ds. Kraju, a później ostatnim prezydentem RP na Uchodźstwie, Ryszardem Kaczorowskim).
Trzecim sposobem trzymania się polskich tradycji patriotycznych była działalność społeczna w ramach legalnych lub nielegalnych (zdelegalizowanych przez władze komun-styczne) czy „podziemnych” stowarzyszeń. Były to m.in. Komitet Opieki nad Kopcem Józefa Piłsudskiego w Krakowie, Towarzystwo im. Gen. Józefa Kustronia w Nowym Sączu, Komitet Uczczenia Pamięci Sądeczan Pomordowanych na Wschodzie (przekształcony później w Sądecką Rodzinę Katyńską), Związek Legionistów Polskich w Krakowie i Warszawska Rodzina Legionowa i Peowiacka.
Miałem przyjemność być kurierem dla sądeckich, krakowskich i warszawskich Legionistów. Współpracowałem z kombatantami z podhalańskiej Rodziny Wojskowej (Nowy Sącz, Bielsko-Biała). Do października 1985 r., czyli do momentu swej śmierci, jej niekwestionowanym przywódcą był gen. Mieczysław Boruta-Spiechowicz. To On scalał środowisko kombatanckie m.in. poprzez jasnogórskie pielgrzymki żołnierskie do Hetmanki Oręża Polskiego na Jasną Górę, gdzie zawsze czekał na nich o. Eustachy Rakoczy.
Wokół Legionistów i kombatantów II wojny światowej było nas w Krakowie takich czterech muszkieterów: Piotr M. Boroń, Jerzy Bukowski, Włodzimierz Sackiewicz-Steckiewicz i ja. Organizowaliśmy Msze św. w nieprawomyślne rocznice (śmierci marszałka Piłsudskiego, jego urodziny, wymarsz I Kompanii Kadrowej, Święto Żołnierza, itp.), organizowaliśmy niezależne sesje naukowe, wystawy historyczne, koncerty, a nawet w 1985 r. po-kaz filmów archiwalnych o Józefie Piłsudskim.
Materialnymi dowodami takiej działalności związanej z pamięcią narodową było kil-kanaście tablic memoratywnych nie tylko w krakowskich kościołach, była publicystyka historyczna w wydawnictwach „podziemnych”, a po 1989 r. przywracanie monumentów, które zostały zniszczone przez okupantów Polski bądź przez polskie władze komunistyczne. W ten sposób stałem się jednym ze strażników tradycji, historii i chwały Oręża polskiego.
Po tamtych czasach zostały mi nie tylko wspomnienia, ale i historyczne fotografie dokumentujące ten mój bliski związek z kombatantami inwigilowanymi przez aparat bezpieczeństwa PRL. Trzy zdjęcia należą do szczególnie ulubionych. Pierwsze, z gen. Borutą-Spiechowiczem, pochodzi z 1983 r., gdyśmy przemawiali u grobu gen. Józefa Kustronia. Drugie jest z 1984 r. i przedstawia moich uczniów razem z Legionistami w maciejówkach po występie dla nich w klasztorze Ojców Kapucynów. Trzecie wreszcie z 1985 r. z Jamy Michalika, w której podejmowaliśmy przybyłego z Warszawy ppłk. Stefana Jellentę.
Pozostała mi również doskonała szkoła życia w służbie Polski, którą odebrałem od Starych Wiarusów wszystkich żołnierskich pokoleń (legionistów, kadetów II RP, żołnierzy Września 1939 r., żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego i pookupacyjnego podziemia). Wiem, jaki ładunek emocjonalny i jakie znaczenie dla przyszłości Polski tkwi nadal w ich haśle: Bóg, Honor, Ojczyzna. To nie jest garb, to jest zobowiązanie! A jeśli nawet jest to ciężar, to taki, przed którym nie podobna się uchylić, bo łączy nas Polaków z pokoleniami, co przeszły, ów łańcuch niewidzialny, którego jednym z ostatnich ogniw był do niedawna Katyń.
Wspominam Starych Wiarusów z wdzięcznością i sentymentem, bo przekazali mi tę wiarę w słuszność polskiej Sprawy, nauczyli, czym jest istota polskości i jak powinna wyglądać filozofia myślenia o Polsce. W tej materii podpisuję się pod słowami Wincentego Ka-dłubka sprzed 600 lat: czego podejmujemy się z miłości ojczyzny, miłością jest, nie szaleństwem, męstwem nie zuchwałością, bo mocna jest miłość jak śmierć. Z tymi staromodnymi słowami idę w przyszłość, bo – jak napisał kiedyś Józef Mackiewicz – optymizm nie zastąpi nam Polski!