Rok 1960 był przełomowym w moim dorosłym życiu. Zdałem maturę, zdobyłem szlify pilota szybowcowego drugiej klasy, oraz uprawnienia pilota samolotowego. W tej sytuacji związanie się w przyszłości z zawodem pilota myśliwskiego nie podlegało najmniejszej dyskusji. Wybrałem Szkołę Lotniczą w Radomiu której patronami byli Żwirko i Wigura.
Wszystkie egzaminy zdawałem bez najmniejszych zastrzeżeń a licencje szybowcową i samolotowa z bardzo wysoką średnią .W październiku byłem w domu w Krakowie i odwiedziłem moich przyjaciół latających na lotnisku trawiastym Aeroklubu Krakowskiego w miejscowości Pobiednik Wielki . Miałem to szczęście, że część szybowców należało umieścić w hangarze na lotnisku w Rakowicach w związku z nadchodzącą zimą, a Aeroklub Krakowski otrzymał tam w spadku po jednostce lotnictwa myśliwskiego kilka hangarów. Zdecydowano, by w zespołach samolotowo-szybowcowych drogą powietrzną szybko przebazować sprzęt latający z Pobiednika do Rakowic. Pod koniec października osobiście w starcie holowanym z Pobiednika wykonałem lot i lądowanie przed hangarami na lotnisku Rakowice szybowcem „Muchą Standard” a za drugim nawrotem „Piratem”. Wtedy nie wiedziałem, że będę miał kilkunastoletnią przerwę w lataniu szybowcowym a hangar przed którym lądowałem, zostanie częścią Muzeum Lotnictwa Polskiego.
W listopadzie tego pamiętnego roku zameldowałem się w Szkole Lotniczej w Radomiu. W takiej jak ja sytuacji znalazł się w murach szkoły Krzysiek Woźniak. Jak to w szkole zajęcia , nauka , egzaminy, pierwszy stopień oficerski i pierwsze przydziały do jednostek bojowych, czyli pułków lotnictwa myśliwskiego: Krzysiek do Pruszcza Gdańskiego ja Słupska. Po paru miesiącach przyleciałem do Pruszcza na samolocie Lim-5 (obok na zdjęciu) w związku ze strzelaniem i bombardowaniem celów morskich. Pruszcz znajduje się blisko Zatoki Gdańskiej gdzie był poligon strzelania i bombardowania do celów nawodnych . Na wodach Zatoki Gdańskiej holowniki wypływały z tratwami które w odpowiednim układzie stanowiły cele dla samolotów myśliwskich wyznaczonych do strzelania i bombardowania celów nawodnych. Holowniki zakotwiczone w bezpiecznej odległości tworzyły stanowisko dowodzenia poligonu nawodnego i zarazem stanowiły o bezpieczeństwie łodzi rybackich, które czyhały na zakończenie dnia poligonowego by pozbierać ogłuszone wybuchami ryby. Byłem jednym z wielu pilotów wyznaczonych do przelotu ze Słupska do Pruszcza i brania udziału w strzelaniu do celów nawodnych . Po przylocie na lotnisko Pruszcz zostałem skierowany na przygotowanie i rozgrywkę lotów do pomieszczenia, gdzie znajdowali się piloci z Pruszcza a wśród nich moi koledzy ze szkoły w Radomiu, m.in. Krzysiek. Podczas przygotowania podawana jest niezwykle istotna wiedza odnosząca się do wykonywanego zadania np. wysokość dolotu do poligonu, wysokość manewru nad poligonem , praca radiowa – na którym kanale, przydział celu , typ manewru, zakończenie strzelania i wysokość wykonywania lotu do lotniska, lądowanie i kołowanie na płaszczyznę kontroli działek do powtórnego załadowania. Oczywiście omawiane były warunki bezpieczeństwa oraz szczególne przypadki w locie z uwzględnieniem zacięć działek.
Podczas przerw w przygotowaniu dużo rozmawiałem z Krzyśkiem na temat dalszego życia zarówno służbowego jak i prywatnego. Dowiedziałem się, że Krzysiek zamierza się ożenić z dziewczyną o imieniu Gizela pochodzącą z Bytomia. Po przygotowaniu, które zakończyło się rozgrywką lotów w odpowiedniej kolejności, siadaliśmy do kabin swoich Lim-5 by startować nad Zatokę . Pogoda nie była zbyt łaskawa, co prawda chmur było niewiele, ale widzialność nad Zatoką była kiepska . Poleciałem nad poligon wykonując należycie wszystkie czynności związane z manewrem i celowaniem do przydzielonej tarczy, oddanie celnych strzałów i po sprawdzeniu działka i zabezpieczeniu, na nakazanej wysokości wróciłem lądując na pasie betonowym lotniska w Pruszczu. Podwieszanie zbiorników tankowanie i odlot do Słupska był zakończeniem zadania. Podczas strzelania do tarcz nawodnych na 20 pocisków w lufie działka typu NR-23 mojego Lim – 5 w tarczę trafiło 12 pocisków. W tym strzelaniu był to drugi wynik dnia, z którego się cieszyłem.
Po tych wspólnych manewrach nie miałem kontaktu z Krzyśkiem aż do momentu zmiany mojego miejsca pobytu i jednostki. Przeniosłem się wraz z żoną i synkiem ze Słupska do Mierzęcic w których stacjonował 39 pułk celem pełnienia dalszej służby lotniczej.
W tym pułku było już tradycją, że istniała grupa akrobacyjna w składzie czterech pilotów plus jeden który samodzielnie wykonywał figury akrobacji lotniczej na małej wysokości. Grupie przewodził mjr pil. S. Szymański który organizował szkolenie nowych pilotów i treningi przed pokazami. Tam o dziwo spotkałem Krzyśka. Razem lataliśmy w jednej eskadrze na Lim-5 . Był żonaty i miał córeczkę mniej więcej w wieku mojego syna. Przyjaźniliśmy się nie tylko w służbie ale też poza nią. Połączyła nas motoryzacja, a konkretnie sprzedaż Syreny 103. Przed paru laty mój Tata z Mamą po naradzie doszli do wniosku , że należało by pomóc synowi w kupnie samochodu by mógł częściej odwiedzać ich w Krakowie z wnuczkiem . Bardzo zależało moim Rodzicom na częstym kontakcie z wnukami . Po naradzie rodzinnej i obliczeniu możliwości finansowych Ojciec znalazł samochód „Syrenę” która odkupiona od pierwszego właściciela miała służyć, nam w częstych kontaktach. „ Syrena” sprawowała się jak większość aut w tym czasie – wymagała częstych napraw zawieszenia a nawet silnika nie wspominając o skrzyni biegów. Pomimo usterek nigdy „Syrenka” nie zdefektowała podczas podróży ze Słupska do Krakowa . Mój Tata zapisał się na nową „Syrenkę 104” a tę należało sprzedać. Zdradziłem w tajemnicy Krzyśkowi, że samochód chcę sprzedać i on przychodząc do mnie do mieszkania z żoną doprowadził do podpisania przedwstępnej umowy kupna-sprzedaży. Bardzo mu się ten samochód podobał: – był dwukolorowy. Krzysiek z Gizelą ustalili, że kupują samochód, który do momentu przekazania pełnej ceny, będzie eksploatowany u mnie – miałem czekać trzy, cztery miesiące na pieniądze . Po uzgodnieniu Krzysztof z żoną pożegnali się i poszli do swojego mieszkania. Marzenia o czterech kółkach tej młodej rodziny, były na takim etapie załatwienia, iż można rzec , że się spełniły.
W sierpniu 1968 roku nastąpiła reorganizacja wspomnianej grupy akrobacyjnej; zrezygnował z samodzielnego pilotażu wyższej akrobacji na Lim-5 wspaniały człowiek i kolega pilot myśliwski najwyższej klasy kpt. Heniek Strączyński. Na jego miejsce mjr pil. Szymański zdołał namówić por. pil. Krzyśka Woźniaka. Krzysiek zaledwie rok temu przeprowadził się z Pruszcza Gdańskiego w swoje strony rodzinne do Mierzęcic, jego rodzice mieszkali w Kaletach – 15 km od Mierzęcic - a teściowie w Bytomiu Karpiu . Zona Gizela pracowała w Zakładach Chemicznych w Tarnowskich Górach, często jeździła do Bytomia gdzie zostawiała córeczkę u dziadków. Krzysiek wyrywał się do żony i córki do Bytomia na noc by rano przyjechać do jednostki lotniczej w Mierzęcicach i wykonywać powierzone zadania pilota myśliwskiego .Zostawała niedziela którą spędzali wspólnie w mieszkaniu na terenie ogrodzonego , chronionego wartą osiedla, do którego prowadziła brama z posterunkiem wartowniczym.
Dzień 3 września 1968 roku zapowiadał się być dniem słonecznym z dobrą widzialnością , dni takich w Mierzęcicach było mało gdyż dymy z nad hut i kopalń Śląska i Zagłębia powodowały zadymienie i zapylenie powietrza. Ja z kolegami z eskadry przygotowywałem się do wykonywania lotów na dzień następny a Krzysiek z grupą akrobacyjną o godzinie 10 rano wyjechał autobusem na lotnisko by trenować loty do pokazów lotniczych. Krzysiek rozpoczynał trening pokazów akrobacją samolotu Lim – 5 na małej wysokości; żeby wzmóc efekty wykonywanego zadania włączał dopalacz który powodował dodatkowy ryk silnika i płomień ognia ciągnący się za samolotem. Wystartował na dopalaniu o godzinie 12,10. Jako profesjonaliści całą eskadrą oglądaliśmy wyczyn naszego kolegi, śledziliśmy zachowanie samolotu z zadartymi głowami przed barakiem w którym odbywało się przygotowanie do lotów. Wykonał głęboki wiraż w lewo i w prawo na wysokości 30 -50 m nad płaszczyzną lotniska nie ujmując dopalania przeszedł na wznoszenie nad pasem betonowym z kursem 90 stopni , kąt wznoszenia powinien być większy – przynajmniej 70 stopni a Krzysiek nabierał wysokość z kątem około 45 – 50 stopni . Oceniając z ziemi Krzysiek popełnił szereg błędów – zbyt mały kąt wznoszenia tym samym za mała wysokość wprowadzenia samolotu w przewrót ze zbyt dużą prędkością . Po przewrocie Krzysiek widząc dużą prędkość przybrał obroty i pociągnął drążek na siebie stwarzając przeciążenie które pozbawiło go na moment przytomności. W tym stanie, przy dużym przeciążeniu i odpływie krwi od mózgu ( niedotlenienie) lekko odpuścił ściąganie drążka , co zmniejszyło przeciążenie i gdy na moment odzyskał świadomość, zauważył duży kąt nurkowania i zmniejszającą się wysokość do ziemi, znowu silnie pociągnął drążek sterowy, samolot przeszedł położenie pionowego nurkowania i zaczął zmniejszać jego kąt, jednak wysokość zmalała do zera i nastąpiło zderzenie samolotu z ziemią. Momentalnie nastąpił głuchy huk i wybuch , uderzającego samolotu o ziemię. My, obserwujący to zdarzenie nie mogliśmy w pierwszej chwili uwierzyć , że katastrofa i śmierć naszego kolegi odbyła się na naszych oczach. Zadawaliśmy sobie pytania dlaczego kierownik lotu nie reagował , dlaczego dopuścił do powstawania błędów, na to pytanie odpowiedzi nie było. Krzysiek poniósł śmierć o godzinie 12,17 rozbijając samolot Lim- 5 z kątem nurkowania powyżej 35 stopni i prędkością około 800 km/h . Oglądałem miejsce katastrofy; po zderzeniu pozostał lej trochę blachy porozrzucanej w obrębie kilkuset metrów z pilota nie znaleziono praktycznie nic – trochę wilgotnej ziemi i palec prawej ręki ze ślubną obrączką . Przy tego typu wypadku, w kabinie samolotu Lim – 5 pilot był miażdżony 1,5 tonową stalową turbiną ,która znajdowała się jako część silnika dokładnie za jego plecami. Jako przyjaciel Krzyśka podjąłem się powiadomienia jego żony Gizeli i czteroletniej córeczki o bolesnym dla nich wydarzeniu. Z misją tą pojechałem do Bytomia Karpia i tam zastałem żonę Krzyśka u rodziców , którym przekazałem smutną wiadomość o lotniczej śmierci męża i zięcia. Byłem także u rodziców Krzysztofa w Kaletach , oboje byli emerytowanymi nauczycielami o słabym zdrowiu . Lekarz udzielał rodzicom pomocy gdy otrzymali wiadomość o śmierci jedynaka . Niewypowiedziany ból po tym dramacie poraził ich oboje . W dniu następnym z żoną Gizelą i rodzicami ustaliłem, że Krzysztof spocznie na cmentarzu w Kaletach a ceremonia będzie wojskowo – katolicka na życzenie rodziców Krzysztofa. Początek września roku 1968 był pogodny a w dniu pogrzebu dzień był gorący i parny. Trumna została wystawiona w Klubie Garnizonowym w Mierzęcicach , skąd przewieziono ją do domu rodzinnego Krzysztofa gdzie zamieszkiwali jego rodzice. Z domu rodzinnego trumna w kondukcie została przeniesiona przez całe miasto Kalety na ramionach kolegów do kościoła i po krótkiej ceremonii kościelnej przeniesiono ją na pobliski cmentarz . W ostatniej drodze towarzyszyła mu kompania honorowa i orkiestra wojskowa. Po przemowach, przy salwie honorowej i muzyce orkiestry, Krzysztof spoczął na zawsze w ziemi cmentarza w Kaletach .
Żona Gizela nie chciała mieszkać w Mierzęcicach. Ból po utracie męża i wspomnienia były ponad jej siły, zamieszkała z córeczką w małym mieszkanku w Tarnowskich Górach. Wypadek przekreślił ich wspólne marzenia , teraz ona musiała być silna, bo wszystko było na jej głowie . Samotne życie przez młodą kobietę jest nie do udźwignięcia . Gizela musiała podźwignąć się ze smutku, przecież pomoc którą wojskowi przyrzekali to tylko słowa, rzeczywistość była zupełnie inna . Od dłuższego czasu pracowała w Zakładach Chemicznych w Tarnowskich Górach gdyż z zawodu była technikiem chemii. Gizelę nie omijały nieszczęścia - w trzy lata po wypadku lotniczym wyszła za mąż i w rok później urodziła syna. Gdy córeczka Gizeli i Krzyśka ukończyła 10 lat zachorowała i zmarła. Gizela nie nacieszyła się także synem który zmarł w niedługim czasie po siostrze. Rodzice Krzysztofa często odwiedzali syna na cmentarzu jednak nie minęło 5 lat gdy spoczęli obok niego.
Póki istniał 39 pułk to my koledzy przed pierwszym listopadem odwiedzaliśmy groby naszych tragicznie zmarłych kolegów. Dzisiaj już tego pułku nie ma, a ludzie którzy mieszkają na Osiedlu w Mierzęcicach nie pamiętają wypadku lotniczego sprzed 40 lat, w którym poniósł śmierć 28 letni porucznik, pilot pierwszej klasy, Krzysztof Woźniak.
Krzysztof był człowiekiem zrównoważonym i żeby nie natarczywe namowy lidera grupy akrobacyjnej latałby bez wyczynów do emerytury. Proszę pamiętać , że grupa akrobacyjna nie otrzymywała dodatkowo żadnych wynagrodzeń był tylko, obowiązek dawania siebie , swojego zdrowia i umiejętności ku zadowoleniu ludzi podczas pokazu lotniczego . Pokazy lotnicze na całym świecie budzą podziw nie tylko profesjonalistów , ale niosą niebezpieczeństwo zagrożeń i wypadków lotniczych. W wojsku są zasady gdy pilot ginie podczas wykonywania służby honoruje się jego pamięć poprzez mianowanie na kolejny stopień wojskowy , Krzysztof tego nie doświadczył , był porucznikiem pilotem i takim pozostał. Po pogrzebie zapomniano nawet o obietnicach opieki nad jego rodziną.
Chciałem z tego miejsca zaapelować do Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego o uhonorowanie pamięci por. pil. Krzysztofa Woźniaka i w rocznicę czterdziestolecia jego śmierci awansowanie go na wyższy stopień wojskowy.
Pilot myśliwski samolotów naddźwiękowych Tadeusz Gola   |