|
Seria wypadków z udziałem koni spowodowała, że temat zrobił się aktualny. Pojawił się nawet pomysł usunięcia (okresowego co prawda) dorożek z Rynku. Jakaś w tym jest przesada ale i jest jakaś racja. Sprzeczność.
Z jednej strony, za poparciem i za zgodą Miasta, ludzie zainwestowali spore pieniądze w pojazdy, utrzymują w dobrej formie konie (jakby wyglądały chabety przy takich powozach więc wierzę w dobrą opiekę nad nimi), opierają na tym swój byt – mają mieć podkopany interes z powodu dwóch czy trzech wypadków? Wypadków – bo reakcji konia czy strzału petardy tuż za uchem, nikt nie przewidzi. W tej sprawie – istnienia dorożek – też i Miasto ma swój interes od podatkowego po marketingowy. Z drugiej strony bezpieczeństwo, nie może być na drugim planie za wszelkimi interesami. I tak źle i tak niedobrze. To jak i czy, może być dobrze? Tyleż niewesoły co wart zastanowienia jest ten splot. Lata całe, od wieku chyba XIX - były dorożki – i nie słyszałem by tego rodzaju wypadki miały miejsce. Historycznie znany jest wypadek Piotra Curie. Wpadł nieszczęśliwie – zamyślony pod pędzący powóz. Pędzący a nie jadący – to też warte uwagi. Jednak generalnie – dorożka może być uznana za raczej bezpieczny środek przemieszczania się. Co się w takim razie stało, że nagle mamy takie wypadki i to w takim zagęszczeniu. Może warto się zastanowić idąc w kierunku usunięcia przyczyn wypadków, a nie prowadzić leczenia przez amputację totalną. Dziwnym zbiegiem okoliczności – wypadki zdarzyły się po remoncie – zmianie nawierzchni Rynku. Ktoś tą zmianę projektował, ktoś zatwierdzał, ktoś robotę odbierał. Współcześni projektanci jakby zapominają chyba, że to co projektują ma potem komuś służyć. Dla symbolu raczej i by uniknąć rozwijania tematu – bo zajmujemy się nieco innym– przypomnijmy całą serię bardzo starych filmików z Wujaszkiem Hulot. Skąd mi ta myśl przyszła? Nie w Krakowie, a w Dobczycach, nie na Rynku, a tamże na stacji benzynowej, byłem świadkiem scenki bardzo pouczającej z punktu widzenia tematu, który tu jest poruszany. Stacja jak stacja, wyremontowana, powierzchnia pod dystrybutorami gładziutka, aż lśniąca. Płaciłem właśnie za paliwo, gdy Pan nagle oderwał się od kasy – krzyknął tylko – przepraszam i ….biegiem pognał pod jeden z dystrybutorów. Oto bowiem, jak się okazuje - zajechała furmanka z beczką na paliwo rolnicze. I Pan z obsługi i woźnica najwyraźniej znali temat. Na tej powierzchni koń nie był w stanie ustać spokojnie wręcz utrzymać się. Kopyta podkute podkowami, które przecież mają tylko kontakt punktowy z podłożem – ślizgały się pod nim, iskry szły i zanim go woźnica cudem nie uspokoił, ze dwa razy by koń był bliski wywrotki, przed którą dzielnie się obronił. Ze dwa razy był już na kolanach. Pan z obsługi nalewał, ale dopiero wtedy, gdy woźnica wyprzągł konia i cały czas trzymał go z uzdę. Koń stojąc praktycznie luzem cały czas tracił równowagę – jak człowiek postawiony pierwszy raz na lodzie. Mięśnie mu drgały nieustannie i był najwyraźniej coraz to bardziej zaniepokojony. Po zatankowaniu, woźnica dał pieniądze jedną ręką, a pan z obsługi szybko – do kasy i przyszedł z resztą i rachunkiem. Cała skomplikowana operacja. Zdałem sobie sprawę, jak te konie w Krakowie na Rynku - stoją czy jadą – obojętnie – na takiej samej – lustrzanej powierzchni przez cały dzień. To są – z tego punktu widzenia arcy spokojne konie – wręcz konie ułożone do cyrku.
Bo mówimy o cyrku. Zobaczmy. Dorożka – budująca w Krakowie klimat, to była mała, zwykła, czarna dorożka. Jeździli nią pradziadowie i dziadowie, potem Jan Kaczara, wypełniający braki komunikacji nocnej a i On właśnie turystom serwował klimat swej mowy, wierszowania i specyficznej wiedzy o Krakowie. Niejedno i o niejednym potrafił opowiedzieć. Dzisiejsi wozacy i wozaczki niech się schowają. Czy Oni coś o Krakowie wiedzą – nawet – a zwłaszcza nie z tej materii, która jest domeną przewodników? Kraków jest chyba dla nich miejscem jak każde inne. No nie zupełnie. W innym miejscu, nie mieliby tylu klientów. Są całe pola smaczków Krakowskich nadających się na okrasę dla turysty, który ma wiedzieć, że nie przyjechał do specyficznego lunaparku. Rejony to niedostępne. Landara wielkości wagonu tramwajowego o wystroju z orszaku królowej Angielskiej, pasuje do Krakowa jak pięść do nosa. Lecz ktoś na te gabaryty, ciężary i wystrój przystał, ktoś wymyślił, że na tym zrobi w Krakowie interes. Wcześniej o tym nie pomyślał, że w Krakowie dorożka mogłaby mieć zupełnie inną i to jeszcze bardziej atrakcyjną formę usługi. Nie tej rodem z kiczowatego snu cukiernika. Mówimy o elementach promocji Krakowa, które są jak widać - niedostępne wyobraźni Tych, którzy Kraków widzą jako super restauracjo – pub, wyposażony w autentyczne (a cóż to zresztą kogoś obchodzi?) wnętrza i historyczne miejsca. Gdy weźmiemy pod rozwagę opisane okoliczności – dojdziemy do wniosku, że wina leży po stronie człowieka – i tym człowiekiem, nie jest wcale bezpośrednio - powożący. Jedynie, ale tylko dodatkową sprawą, może być zmęczenie konia, upał, szum na Rynku. Tak nawiasem mówiąc proponowałbym postać w jednym miejscu na Rynku przez więcej niż pół godziny – czy nie będziemy już wstępnie zmęczeni poziomem hałasu? A tu szyderstwa z propozycji uspokojenia Rynku tylko na krótki czas – grania hejnału! Najwyraźniej nie wiecie co macie w ręku. Macie KRAKÓW! A nie lunapar i gigantyczną pijalnię piwa. Czy z tego można wyprowadzić pozytywne propozycje rozwiązania? Mamy prostą zasadę konieczności kompensaty tego co się spowodowało. I to jest ogólna zasada prawna.
Miasto spowodowało powstanie końskiej ślizgawicy i dopuściło do użytkowania – delikatnie mówiąc, przewymiarowanych, nie dorożek – zgodnych z duchem i tradycją Miasta a monstrów jeździeckich, które nieraz są wręcz surogatami duplikatów pojazdów z Muzeum Łańcuckiego – a tam przecież stoją pojazdy o różnych funkcjach w tym też i te przeznaczone do poruszania się na swobodnych dużych przestrzeniach, a nie w wąskich uliczkach Starego Miasta. Właściciele pojazdów nie zastanowili się na czym i jak chcą robić interes i nie wiem czy interesowali się przebudową Ich miejsca pracy gdy była ona projektowana i wykonywana oraz czy w związku z tym dawali Miastu informację o swych uwagach dotyczących zamiarów remontowych. Byłbym zdziwiony gdyby tak było. Ich własne miejsce pracy ich nie interesowało. A musiała być uruchomiona procedura udzielenia zezwolenia, etap konsultacji itp. Jeśli było inaczej, z góry gorąco przepraszam, ale wtedy jeszcze lepiej jest wskazywany ten, kto procedurę, informację i wiedzę zlekceważył. Jeśli – oczywiście tak było. Skoro już mniej więcej wiemy kto tu „zawinił” – nie tyle bezpośrednio, a jak się okazuje – brakiem przewidywania i znajomości istotnych rzeczy w sprawach, z którymi ma do czynienia – to wiemy, kto powinien ponieść koszty wycofania się błędu. Nie jest przecież rozwiązaniem zakaz wstępu dla pojazdów i koni na Rynek. I Turyści i Woźnice i Miasto na tym tracą. Powstaje pytanie – czy z tego można wyprowadzić rozwiązanie? Moim zdaniem – można. Proponuję więc ostrożnie; a/ koniom zakładać na podkowy jakieś „ochraniacze” przed ślizganiem. Wiem, że bywają takie stosowane – nawet ze strych opon. Nie jestem oczywiście koniarzem – i dla nich ta propozycja może się wydać nieżyciowa. Być może – ale jakieś rozwiązanie tego typu jest do zaproponowania przez ludzi obytych ze światem koni. b/ zapewne można iść w kierunku przywrócenia w obrębie starego miasta dorożek – tych normalnych – nie takich landar wystawnych – tych zwykłych – dopasowanych do klimatu miasta. Ten przerost formy nad treścią jaki dziś wszedł w modę pod hasłem walki o turystę, nie jest ani dobry dla Turysty, ani dla Miasta – ani jak widać dla bezpieczeństwa. Wszak konie nie ciągną w tym przypadku lekkiego powozu, a ciężar dla nich znaczący. Ruszenie z miejsca dorożką, a tego rodzaju pojazdem – to chyba dwie różne zupełne rzeczy. c/nie sądzę by powyższa propozycja oznaczać miała generalną kasatę tych kosztownych i wystawnych powozów. Można je inaczej wykorzystać. Niestety też trzeba powiedzieć, iż nieprzemyślane ryzyko biznesowe – a w omawianym przypadku wyobrażenie sobie że nadwymiarowy pojazd będzie interesem – okazało się ryzykiem zbyt znaczącym. Jednak nie jest to problemem – jak zostało powiedziane, tylko woźniców.. W końcu ktoś powtórzmy, pozwalał, wydawał zezwolenia i myślał tylko o strojach i schludnym wyglądzie powożących. Ktoś tą sytuacje też sprowokował przyjęciem projektu i wykonania śliskiej nawierzchni. Czegoś nie wzięto pod uwagę – mając tylko na względzie, że ma być pięknie. No to jest pięknie. Ach! Jak pięknie – czysta landrynka, niebezpieczna jak się okazuje. Sprawa jest więc też problemem Miasta – i wiara w to, że system nakazów zakazów, pleceń, administracyjnych zarządzeń, coś dobrego przyniesie – jest fundamentalnym błędem, który w efekcie – jak można wywodzić – odbije się na interesach też i Miasta. Jest on wygodny dla zarządzających – ale tak i w innych sprawach rządzący ulegają fatamorganie uznając się za jedyną skuteczną silę sprawczą. Jak Państwo widzicie – w swym tekście usiłowałem nie załamywać rąk, mieć za złe. Stawiam problem myślenia o interesie własnym i miasta w kategoriach uwzględniających rzeczywiste koszty. Tu – Miasto – liczyło, że takie konie – to tylko czysty żywy dopływ gotówki dostarczanej przez woźniców – bez obciążeń i zobowiązań Miasta. Woźnice myśleli, że im wydatniejszy pojazd i poprzebierana na nim panienka – tym większy zysk. A tu się okazuje, że każdy interes od swego założenia ma mieć ręce i nogi, musi być oparty na rozsądnej oszczędnością eksploatacji natury. Tu ową „naturą” jest sam Kraków – bo przecież ten sam powóz poza Krakowem, w polach dalekich – nie zarobi. Właściciel pojazdu korzysta z Krakowa jako miejsca, a z tego wynikają, a właściwie wynikać powinny, konkretne zobowiązania i konieczność uwzględnienia istoty tej „natury”. To jest ważne dla obu stron tej relacji biznesowej.
Nie da się dobrze zarobić na czymś, czego człek nie czuje. Chociaż taką nauczkę też da się wyciągnąć ze sprawy.



  |