|
Zalało. Fakt. Słowo dramat, w odniesieniu do poszkodowanych wcale nie jest przesadą, choć tak naprawdę dramat to choroba, kalectwo, śmierć. Nie są to jednak rzeczy, które można w ogóle porównywać, lecz utrata poważnej części majątku czy dorobku, narzędzi pracy, też bez wątpienia należy nazwać dramatem.
Innym, w innym wymiarze, ale pomoc wspólnotowa, reakcje najszybszej w tej materii Caritas, Władz i Instytucji jest w pełni potrzebna i przyjmowana jako koło ratunkowe – z wdzięcznością. To jest jednak dopiero pierwsza warstwa. Lecz jest i druga i trzecia i o tych warto powiedzieć parę słów – właśnie po to, by pomoc szła w najlepszą stronę i by na przyszłość – jeśli by się dało – z tego zalania, dramatu, wyciągnąć wnioski pozwalające na zabezpieczenie się przed czymś podobnym. W drugiej warstwie można widzieć motywy pewnego interesu politycznego nie tylko w samym nagłaśnianiu tego dramatu, ale i w sposobach jakie mogą tu być używane w przekazie medialnym.. Pachnie to nieładnie i nie poddaje się dowodom – stąd niech tu już każdy się zastanowi, na ile takie przypuszczenia mogłyby być w ogóle zasadne. Nie są one jednak na pewno jakimś ważnym i wiodącym motywem z punktu widzenia analizy przyczyn. Unikania odpowiedzialności – być może Lecz w ogóle – to jeśli już, to jest tylko skorzystanie z okoliczności. Można sobie tylko powiedzieć; każdy robi sobie politykę taka, jaką ją sobie wyobraża. Jaki format kapelusza – taka polityka. I trudno mieć do niego o to pretensję. Warto jednak ten kontekst w ogóle zauważyć.
Najważniejsze jednak wydaje się to, co tak naprawdę leży u podstaw tego dramatu. To już identyfikuję jednoznacznie, jako trzecią – najistotniejszą warstwę problemu. Wieki całe człowiek żył, była przyroda – i były burze, wylewy – i jakoś w tych Dobczycach ostatnio taka bolesna seria. I nie tylko w Dobczycach – ale jak widać tu, w tej małej społeczności jakoś się nasiliła. Czyżby to było jakowe fatum? Twierdzę, iż u podłoża wolnej drogi dla skuteczności działania niszczącej siły natury, leży sposób podejścia do spraw związanych z zarządzaniem Gminą. Zadajmy sobie sprawę z tego, że we wszystkich profesjonalnych działaniach są pewne reguły, zasady. Kodeks Drogowy na przykład mówi, że trzeba jechać tak a tak.. Ten, kto tego nie słucha – w końcu, nie może a - po iluś tam razach – wręcz musi, spowodować katastrofę. Raz mu się uda pojechać i przejechać po pijaku pod prąd ulicą jednokierunkową – szybko i na skróty, ale w końcu, przypadek, akurat się napatoczy ktoś z naprzeciwka. Dzwon i dramat. Można łamać przepisy i nawet nie być złapanym – ale też tylko do czasu. Żniwo – widzimy. Zarządzanie Gminą też wymaga nie tylko patrzenia się na tabelki bilansowe, na słupki popularności, dbałości o blichtr. Wymaga też dostosowania się do tego, co nazywa się regułami wynikającymi z zasady zrównoważonego rozwoju. Termin ten w dokumentach Gminy można nawet zapewne znaleźć w zapisach, czy aplikacjach o fundusze. To słowo klucz. Jednak jego zrozumienie i zastosowanie zgodnie z intencją w nim zawartą – to może być od deklaracji odległość kosmiczna. W tej sprawie, w mojej opinii, leży najistotniejsza przyczyna. Nie deszcz jest przyczyną, bo ten bywa, że pada. W swoim tekście powołam się tylko na wybrane przykłady – nie wyczerpując problematyki, bo pomysł i program rozwoju Gminy w oparciu o zasadę zrównoważonego rozwoju, powinien być fundamentalnym i pierwszym dokumentem opracowanym dla Gminy. I to na początku działania samorządu. Czy takowy dokument jest? Tekst publicystyczny go nie zastąpi. Nie sądzę jednak by taki dokument w ogóle był, zwłaszcza przyjęty ze zrozumieniem, bo wspomnianej zasadzie przeczy choćby pomysł rozwoju takiej Gminy, na której terenie jest zbiornik wody pitnej dla miliona osób (to wielki atut a nie kłopot – tylko to trzeba zobaczyć i przełożyć na język akceptowalny przez zasady), na strefie przemysłowej. Zasada nie mówi wcale, że ma nie być przemysłu w ogóle – tylko ten ma być lokowany i jakościowo przyjmowany zgodnie z możliwościami natury. Nie może ich przekraczać a Gmina musi świadomie się zdecydować co wybiera – z wszystkimi konsekwencjami tego wyboru opartymi o pełny rachunek kosztów ekologicznych przyjętej wersji strategii. Pełny – bez przerzucania ukrytych kosztów na inne podmioty lub wręcz – mieszkańców. W ogóle, z naturą nie należy się kłócić, ją poprawiać czy do czegokolwiek nakłaniać. Jej skłonności i możliwości należy za to wykorzystywać. To Gminie dała natura i poprzednicy żyjący tu przez wieki. Warto zauważyć nawet to co idzie w zapomnienie. Rozwijany onegdaj program zmiany sposobu użytkowania rolniczego terenu zlewni, podjęty swego czasu przez pewną Fundację, został utopiony (nie miejsce tu na opowieści o tym – ale kto pamięta ten wie o czym mowa) w niechęci władz i dziś zamieniony na ścieżki spacerowe i platformy widokowe jako tytuły do realizacji „zadań” w kolejnych „Programach” nawet „partnerskich”. Już w tej jednej zupełnie przykładowej sprawie obok innych ważnych dla regionu zagadnień, mamy zawarty problem obniżonej retencji w terenie, o tym konkretnym i nie nizinnym wcale, a o specyficznym ukształtowaniu. To jest lokalna cecha tego terenu i nie wolno jej nie brać pod uwagę myśląc o Gminie i o planowaniu zagospodarowania jej przestrzeni. Widać tego nie zauważono.
Ktoś projektował – i może nawet wie, jak biegnie kanalizacja burzowa w terenie, który jest czasem chyba w depresji w stosunku do lustra Raby – po tamie. Rynek pięknie wygląda - ale co pod spodem? Koś wydaje zezwolenia na budowę – nie informując inwestorów rzetelnie o tym, jakie przyroda może spłatać figle w tym terenie, na którym chce budować. Może nawet decydent sam tego po prostu nie wie – no bo skąd ma wiedzieć? A warto było się tym zainteresować. Całe planowanie przestrzenne – z profilowaniem ciągów komunikacyjnych musi takie rzeczy – zwłaszcza w terenie o specyficznych właściwościach i strukturze geologicznej oraz morfologicznej musi uwzględniać. Po efektach widać ze chyba – nie uwzględnia. Robimy szybko i tanio – byle był widoczny efekt. Normalka. Nie mówię też że ma być drogo ale, że ma być robione z głową i z gospodarskim myśleniem. . W dużej mierze stanowiska decyzyjne są obsadą polityczną. To tak jakby dać kierownicę zasłużonemu pilotowi wycieczek. Ten pilot – samorządowiec – ma nawet swe doświadczenie i wiedzę – ale nie w kierowaniu samochodem. Wiedzieć powinien tylko którędy i gdzie chce dojechać. Ma też sprawdzić najważniejsze parametry bezpieczeństwa podróży. Analogia chyba czytelna. Lekceważenie informacji rzeczowej niechęć do jej pozyskiwania, uważanie, iż pieniądze wydane na podobne opracowania i to solidnie recenzowane, są wyrzucaniem pieniędzy, to rodzaj normy wśród samorządowców w ogóle. Myślenie jest takie; jesteśmy namaszczeni przez lud i decydujemy – po uważaniu, a to najgorsza z wersji. Tymczasem wydatek na takie rzeczowe opracowanie, to byłyby pieniądze wydane na zręby dobrego i trwałego fundamentu. Nie da się zarządzać Gminą – od zdarzenia do zdarzenia, od akcji do akcji, od strażnicy do orlika, od fety do pompy i święta ….piwa!.
Nie neguję wielkiego wysiłku włożonego przez zarządzających w obecny wygląd Dobczyc. To obiektywnie – przez te ostatnie kilkanaście lat jest skok. Lecz skok ten jest wykonywany bez oparcia się o porządną belkę – jak przy skoku w dal. Przy takim skoku – kontuzja pewna. Dziś – wielu potencjalnych inwestorów może się zastanowić nad ryzykiem przyjścia do Dobczyc. A inwestorzy są potrzebni. W innych działach – takich, które by wykorzystywały możliwości tego terenu. Wiele też osób z Dobczyc chce je opuścić – bo świat ma rzekomo lepsze oferty. W Ich oczach to małomiasteczkowe bagienko. Tymczasem to, co tu mogą zrobić – nie zrobią gdzie indziej i to tu się dzieją rzeczy dla Nich ważne. Skąd ten mit zamknięcia się we własnym „smrodku”? Nikt Im tej innej perspektywy nie pokazuje. Może nawet sam jej nie widzi? Zostają ludzie starzy, a młodzi mówią, ze nie mają szans, że się nie da, że strach głowę podnieść. W demokracji utrzymywanie tego stanu nie jest możliwe bez wpadek. Skłonność samobójcza jakaś czy co? Nie wiedzą, bo i otoczenie Im tego nie pokazuje, system nie nakłania do przekonania, iż nie ma lepszej oferty niż ta, jaka jest niesiona przez potencjał regionu, w którym jest wszystko, czego poszukuje dzisiejsza cywilizacja. Koegzystencja gospodarki i wymogów środowiska ma być podstawą trwałego rozwoju, nie złudzeń, nie efemerydy, nie kłopotów. Szanse te jednak są skrzętnie – nie tyle chowane – co po prostu – w trybach poprawności politycznej – nie zauważane i nie wypracowywane. Czy ktoś myśli, że ktoś komuś, da te możliwości bez Jego wysiłku? Myślenie „należy się” jest reliktem, który nic nie wniesie też i tym, którym się rzekomo – należy.
Znam już tu wiele osób – sól tej ziemi, którzy to co robią, robią w oparciu o te szanse jakie dziś istnieją i robią to profesjonalnie. Bo po prostu nie stać ich na amatorszczyznę w swoim biznesie. Biznes o nazwie zarządzanie Gminą – wymaga znajomości reguł. W wielu dziedzinach można mieć doradców, wręcz należy się wsłuchiwać w ich zdanie – ale ani ekspert nie jest decydentem, ani nie może być jego protezą. Nie można być kierowcą bez znajomości Kodeksu Drogowego a pilotem bez znajomości trasy nie znając mapy jadąc tylko jak szosa wiedzie. Utrzymując się tylko przy wcześniej użytej analogii. Jakie są te zasady? Mają one swą motywację i nie biorą się z nikąd. To oddzielna i dłuższa opowieść. Zresztą pasażera autobusu – mniej obchodzi jak kierowca miesza biegami, ale to go obchodzi, czy jedzie bezpiecznie. Znajomość zasad – Kodeksu, należy do umiejętności fachowych kierowcy. Pasażer ocenia tylko to, czy jedzie nawet wolniej, ale do celu. I nie koniecznie wśród spiral konfetti. To jednak warto wiedzieć, iż słowa „rozwój zrównoważony” to nie jest określenie nowomowy europejskiej – choć na salonach ono, jak najbardziej, jest używane – ale jako skrót pojęciowy. Ten, co go rozumie, to go używa, ten co tylko go słyszy, powtarza tylko to, co sobie wyobraża – i stąd wiele nieszczęść. Klasyką wśród przykładów skutków lekceważenia przyjętych już powszechnie zasad w planowaniu i zarządzaniu, mógłby być przykład samobójczego strzału władzy, wręcz „detonacja miny" pozostawionej na środku drogi przez poprzedników - o nazwie Rospuda. Rozumiejąc ZZR - i dostosowując się do jej wymogów, dziś już byłaby obwodnica, a nie prowadzenie drogi z kłopotami. Mogły być uzgodnione interesy wielu stron, uzgodnione racjonalnie, zamiast gry na emocjach. W społeczeństwie obywatelskim takie uzgodnienia są naturalne – w społeczeństwie zniewolonym, które nie czuje się u siebie, a jest petentem Władzy wszelkie uzgodnienia są uznawane za nieracjonalne. Władza tego nie wie i na ogół uważa, że dążąc do monopolu władzy usprawnia zarządzanie. Jest dokładnie odwrotnie. Dalej, takie przykłady biznesów jak utylizacja puszek napojowych w Krzeszowicach (przez bezpośrednie topienie w piecu bez zabezpieczeń) czy działalność Senatora H.Stokłosy w zakresie „utylizacji” odpadów i stosowane traktowanie prawa oraz opinii publicznej – to już było, ale jakieś instancje na tą działalność jednak przymykały oko. Dziś można już pokazywać następne przedsięwzięcia, plany, inicjatywy w zarządzaniu samorządowym, będące nawet przedmiotem dumy, a powstające z lekceważeniem reguł postępowania i myślenia strategicznego opartego o zasadę zrównoważonego rozwoju. Już dziś – w okresie prosperity tych przedsięwzięć można mówić o nich, że stoją w kolejce do kłopotów. Do takich zaliczam sprawę gospodarki odpadami, myślenie o promocji Krakowa, pomysły prywatyzacyjne, traktowanie spraw samodzielności energetycznej itp. Na tą sytuację w decyzjach samorządowych i – rządowych nakłada się jeszcze element kadencyjności. Sukces w tym układzie jest potrzeby dziś, budżet ma być dopięty dziś – taka jest potrzeba chwili – a co potem – a cóż nas to w istocie obchodzi
Nawet i to myślenie przeczy prostemu w swej istocie – mam dbać o perspektywę, o następne pokolenia. W tych trudnych dniach, pomagając poszkodowanym – pomyślmy też i o przyszłości – by takie sytuacje się nie powtarzały. Sumując: Przyroda i tak sobie działać będzie, deszcze będą padały, nawałnice, jak to w terenie górzystym zwłaszcza, nie są niczym, co drzewom jest obce. Człowiek tylko pyszny swą władzą nad ponoć ujarzmioną przyrodą i przekonany o swej wszechmocy, zaczął lekceważyć to, czego przez wieki się obawiał. Dziś mając narzędzia wydaje mu się, że jest szefem. Szefem jest kto inny. To też warto wiedzieć. Choć nowoczesność, koniecznie chce temu zaprzeczyć. Łącznie z ingerencją w prawo naturalne. Tymczasem człowiek wcale nie ma mocy sprawczej . Jest fragmentem przyrody. Nie jest ani jej wrogiem ani panem. Musimy mieć wobec przyrody i pokorę i umiejętność jej wykorzystania i współpracy z nią. Za kierowanie przyroda lepiej się nie zabierać. Najjędrniej ujął to onegdaj ks prof. J.Tischner. mówiąc; jak się przyrodzie zada rozumne pytania ta, rozumnie, odpowie. No i tak mamy gotową receptę
|