|
Sprawę – krótko mówiąc – żarówek, słusznie nazwaną Eko – interesem czy ekoglobalizacją a można dodać określenie – Eko terroryzmem, można i trzeba wykorzystać a nie tylko narzekać. Słusznie zresztą.
Zwracam uwagę, iż naczelną zasadą, do której odwołuje się zawsze wymyślający te wszystkie wspaniałe zmiany i normy jak prostowanie banana czy ogórka, mówiąc o ochronie środowiska, racjonalnej gospodarce itd. jest zasada zrównoważonego rozwoju. Jest ona powoływana najczęściej jako rodzaj zaklęcia, słowa – wytrychu, zbitki słownej, której użycie samo w sobie ma gwarantować absolutną akceptację pomysłu. Zasada ta – w warstwie wykonawczej – mówiąc o konieczności racjonalnego i minimalnego jak się da używania środowiska dla pozostawienia energii i zasobów dla następnych pokoleń wyprowadza wiele reguł postępowania w relacjach pomiędzy działalnością wytwórczą a potrzebami środowiska człowieka. Reguły te zawsze domagają się wyboru takiego postępowania, takiej technologii, które w pełnej – a nie tylko odcinkowej ocenie pozwalają powiedzieć – zaspakajając potrzeby, minimalizuję zużycie środowiska. Taka ocena, przy wprowadzaniu nowego rozwiązania, wypracowywaniu nowej normy, nowej legislacji, wymaga porównawczej analizy zysku ekologicznego. Dziś w odniesieniu do produktu (a takim jest przecież i żarówka) wymagane jest wykonanie analizy LCA dla starego i nowego rozwiązania – i to porównanie dopiero pokazuje – tak, nowe rozwiązanie wnosi oszczędność środowiska, jest opłacalne w całym cyklu wytworzenia i używania produktu – od używanych do jego wytworzenia zasobów, po zakończenie „życia” tego produktu, z którego mogę odzyskać jak najwięcej a w całym cyklu tego „życia” zużywam energii mniej niż poprzednio. W mojej ocenie z tego punktu widzenia, ktoś kto te regulacje żarówkowe wprowadził albo jest usłużny lobbystom produkcji żarówek „energooszczędnych” albo sprawy w ogóle nie przemyślał wedle zasad na które sam się powołuje i które sam uważa za niewzruszalne. To rodzaj sepuku tych działających wedle politycznej poprawności eurokratów. Zadajmy i domagajmy się konkretnej odpowiedzi na następujące pytania i o wyjaśnienia następujących kwestii: a/ czy przed wprowadzeniem dyrektywy kasującej żarówki żarowe dokonano pełnej i porównawczej analizy LCA obu produktów – żarówki zwykłej i neonowej. b/ czy w tej analizie brano pod uwagę sumaryczny koszt ekologiczny (nie tylko finansowy) wytworzenia, używania i utylizacji każdej z tych żarówek. Obciążenie ekologiczne, odpadem, energią potrzebną tak do wytworzenia jak i do utylizacji jest tu konkretne. Jak wiadomo żarówka w swym cyklu pracy nie świeci cały czas – jest włączana i wyłączana. W tym cyklu – w zależności od liczny cykli i ich częstotliwości – trwałość żarówki nowego typu gwałtownie spada – wręcz łatwo jest taką żarówkę zepsuć paroma szybkimi cyklami – włącz/ wyłącz. Również pobór energii w przypadku tej żarówki nie jest stabilny w całym czasie jej pracy. Owszem jest niski w okresie stabilnej pracy będąc znacząco większym na jej początku. Innymi słowy warto porównać cenę pracy każdej z tych żarówek odniesionej do jednostki czasu. Tu niespodzianki mogą być duże, jeśli śmiało można powiedzieć, iż o ile różnica ceny jest jak 1: 10 czy nawet 15 , to czas pracy może być nawet szacowany w stosunku 1: 1 (albo i mniej). Długowieczność tych nowych żarówek odnosi się tylko do stabilnej i długotrwałej pracy. Tu pojawia się też i problem, rzeczywistego zużycia energii przez użytkownika. Żarówkę zwykłą zapala się wedle potrzeby – ta druga dla długotrwałości będzie raczej używana bez wyłączeń. c/ czy wprowadzający rozwiązanie oszacował jaka jest ilość odbiorników (kinkietów, żyrandoli, kloszy) do których nowe żarówki nie mogą być zastosowane ze względu na swe znormalizowane gabaryty. Te wszystkie oprawy – będą musiały w perspektywie trafić na śmietnik – do recyklingu. Koszty tej wymiany zostają przeniesione i to wymuszeniem na użytkownika, bez rekompensaty tej straty finansowej (choć zasada mówi – ten kto stratę powoduje ma ją zrekompensować) – a energia i zasoby zużyte do ich wytworzenia zostają stracone. Brak tego oszacowania – oznacza, że w kosztach zastosowania nowego rozwiązania nie zostają one uwzględniane, choć istnieją – Tyle, że są przenoszone na obywatela. d/ czy wprowadzający rozwiązanie i to w trybie przymusu, a więc odebrania prawa wyboru, oszacowali skutki zdrowotne (a więc i koszty choć wzrok jest raczej nieprzeliczalny na pieniądze) a więc też i finansowe używania światła o zupełnie innym składzie widmowym. Zwrócić tu trzeba uwagę na mechanizm, który wykorzystali na przykład budowniczowie Nowej Huty de facto przerzucając na zysk z każdego kilograma wyprodukowanej w Hucie stali, utratę zdrowia mieszkańców Krakowa (a powinna obowiązywać zasada – zanieczyszczający płaci) i straty w substancji budowlanej – bo i taka i to w dużej, nienaprawialnej dziś skali ma miejsce. e/ czy porównano koszty i to nie tylko finansowe – a pełne ciągnione – ekologiczne, upadku starych, a działających linii produkcyjnych i wprowadzenia nowych pracujących w oparciu o nowe warunki BAT – przy których wprowadzaniu też pojawiają się następne obciążenia i finansowe i środowiskowe. To są koszty i straty, których się nie zauważa. Bo wprowadzający, najwyraźniej jako zysk ekologiczny liczy tylko ten, wynikający z różnic ilości zużytej energii w czasie nominalnej pracy żarówek. Reszta pomija rzeczywisty i pełny rachunek ekologiczny tej zmiany.
Brak zadawalającej i konkretnej odpowiedzi na te pytania oznacza wprost, że wprowadzający te zmiany albo nie wiedział co robi, nie przygotował decyzji i podjął ją tylko i wyłącznie pod naciskiem lobbystów spod hasła „globalne ocieplenie” (i haseł pokrewnych) czyli stosownie do dziś obowiązującej politycznej poprawności, a bez przemyślenia sprawy zgodnie z zasadami, które sam wyznacza jako bezwzględnie obowiązujące albo w ogóle nie wie co czyni. Klasyczne sepuku.
 Zdjęcie: Maciej Gądek
|