|
Sypią się w mediach sprawy związane z – trudno nie powiedzieć – panoszeniem się czy nadużywaniem Sądów Rodzinnych do dyskryminacji rodziny, eliminacji ojców z życia dzieci, wręcz dyskryminacji mężczyzn, dla których samo upomnienie się o swoje prawa i podjęcie prób walki o te prawa, kończyć się może więzieniem – z woli i na podstawie samych oświadczeń Ich onegdajszych Partnerek.
Oczywiście sprawy te, a właściwie dramaty – odbywają się w zaciszu sal Sądów opanowanych przez Osoby urobione pojęciami poprawności politycznej i najwyraźniej nie zajmujących się zagadnieniem skutków swych arbitralnych decyzji, a powołujących się na dobro dziecka. W końcu – co im tam - pojedyncze złamane życia. Przesłanka ta – poprawność stosowana w glorii prawa - jest tu jednak tylko słowem wytrychem, bez odniesienia do rzeczywistości. Na porządku dziennym, wręcz rutyną, jest ograniczanie prawa (!) do widzenia dziecka przez Ojca, do spotkań dwa razy w miesiącu, choć człowiek ten nie jest ani łajdakiem, ani pijakiem ani kryminalistą, normalnie pracuje. Jest tylko najwyraźniej z punktu widzenia obecnych interpretacji, źródłem finansowania alimentacyjnego pozbawionym realnych praw i jest celem rosnących wymagań materialnych. Bez realnej możliwości wyegzekwowania nawet tego prawa do widzeń (więzienie?), kontaktu ze szkołą, jakiegokolwiek wpływu na kształtowanie dziecka. Dziecko w rękach tak rozbestwionych „matek” jest tylko narzędziem zemsty, świadczenia złośliwości, pozyskiwania korzystek – co Sądowi oczywiście – na wszelki wypadek nie jest nawet wiadome. Mało tego rodzaju „samotne” matki ze swego statusu ciągną w dzisiejszym układzie dodatkowe profity. Nie da się tego rzecz jasna uogólnić lecz ilość sytuacji życiowych pasujących do tego modelu – przeraża. To co tu piszę – jest tylko podsumowaniem i pokazaniem problemu w jego groźnej ostrości. Służę oczywiście przykładami, ale te nie nadają się do publikacji w ochronie resztek godności pokrzywdzonych, lecz i Stowarzyszenie Obrony Praw Ojca, ma takich przykładów więcej i nie tylko takich tylko jakie ja znam. Można oczywiście zaprzeczać, mówić, że są to wymysły. Chowaniem głowy w piasek sprawy się jednak nie tylko nie załatwi, lecz też będzie się problem wzmacniało. Coraz to więcej osóbek zauważy te możliwości i zacznie je wykorzystywać. I nie czarujmy się, że dla dobra dziecka. Chyba, że uwierzymy w dzieworództwo lub czysto reproduktorską rolę gatunku „mężczyzna” Sytuację uważam jednak za skrajnie groźną już nie tylko i tyle, w wymiarze pojedynczych tragedii, a w wymiarze szerszym. Demontażu życia społecznego, tworzenia rodzaju katalizatora procesu destrukcyjnego dla spójności rodziny i społeczeństwa. To już jest ogólne i całkiem realne zagrożenie. W metodyczną działalność naszego prawa w tym zakresie wskazują też i przypadki absurdalnego zupełnie odbierania praw rodzicielskich tylko dlatego, że rodzice są biedni a ktoś najwyraźniej miał chrapkę na szybką adopcję. Tu Sąd Rodzinny, też się nie zawahał, nie wymyślono tego, co powstało niebawem jako społeczny odruch obronny jako lawina samoobrony przed skutkami działania Sądu – akcji pomocowej dla tej biednej rodziny. Ta dziś ma działać pod pręgierzem jakiej kontroli, która w każdej chwili, może przecież ogłosić iż opieka nie jest właściwa. Wyobrażacie sobie Państwo wychowywanie dzieci pod takim naciskiem? Orzeczenie o niezdolności tych biednych ludzi do posiadania dzieci jest przecież możliwe jak tylko spadnie zainteresowanie publiczne tym jednym przykładem dziś bardzo nagłośnionym będąc ściśle zależne od widzimisię i subiektywnej oceny „Komisji” czyli ADMINISTACJI. Ten przykład jest jeden, a ile jest rozsianych po Polsce rodzin zdemolowanych przez tego rodzaju – załóżmy - że tylko automatyzm działania tych sfeminizowanych Sądów, w których Prawo jest najwyraźniej wspomagane interpretacjami rodem z feministycznej poprawności politycznej. Zauważam też, iż równość płci – nie oznacza prawa do dyskryminacji mężczyzn dlatego, że są mężczyznami. A na to wychodzi. Nawet Urząd jest do równego statusu - a zajmuje się wspieraniem ruchów i koncepcji feministyczno – homoseksualnych. To już jakiś Matrix – samobójstwo społeczeństwa jako konstrukcji opartej na rodzinie. Dziś wszak, w oczach tak ukształtowanych i działających Sądów, w końcu, najlepszy nawet Ojciec, z definicji – jako mężczyzna – jest najwyraźniej gorszy niż nawet najgorsza matka. I na to są przecież przykłady odbierania dzieci Ojcom poprawnie o nie dbającym, i oddawanie Ich matkom o nieciekawej nawet konduicie. Nie chcę tu uogólniać i tak jak feministki propagować myślenie podobnego rodzaju jak te, które one same proponują a tylko skierowane w stronę przeciwną. Oczekuję jedynie wyjaśnienia, na czym polega dobro dziecka w przyznaniu Ojcu prawa do jego widywania przez godziny co dwa tygodnie, prawa, które i tak jest faktycznie nie do wyegzekwowania – bo to i wtedy Ojciec może być ogłoszony agresorem i może wylądować w więzieniu. Pokazuję realny jak najbardziej a uważam dziś już nabrzmiały i społecznie groźny problem. Są prawa dziecka, są prawa kobiet, są prawa pracownicze, prawa oskarżonego, prawa zwierząt. Są dni dziecka, są dni kobiet, są dni ziemi. Są Kodeksy zawodowe – ile zawodów tyle kodeksów. Gąszcz. W miejsce tego, co działało przez wieki jako wzorzec w miejsce DEKALOGU. Czy naprawdę wiara w skuteczność wszechstronnej mocy; kodyfikacji, zapisów i medialnego szumu, jest już tak daleko posunięta, że przesłania rzeczywistość? Przesłania wspólny mianownik tych wszystkich kodyfikacji, tak by je dostosować do usankcjonowania wygodnych wyjątków od prawa uniwersalnego i dla dostosowania norm do wygody i uzyskania alibi dla niegodziwości? Ostatnio media podały na przykład jaki to kłopot miały służby lotniskowe, bo dzieciak zachowywał się jak klasyczny terrorysta. Jednak był dzieciakiem. Świadomym swych praw. Ani go spacyfikować, ani zamknąć, ani zastosować środków przymusu bezpośredniego. Dzieci w szkołach już zaczynają szerzyć strach wśród nauczycieli świadome swoich praw uczniowskich i dziecięcych.. Groźba posądzenia o mobbing, molestowanie czy nie daj Bóg zastosowanie kary cielesnej, tworzy perspektywę utraty pracy i spędzenia paru lat w więzieniu. Zawód wysokiego ryzyka ten nauczyciel. Kobiety mają swoje feministki i te wytłumaczą każdemu sądowi, że Ich podopieczna właśnie była poniżana, molestowana dyskryminowana i gwałcona. Sama lejąc na odlew i rwąc ubranie na sobie. Nie twierdzę, że przypadki zwyrodnienia się nie zdarzają. Mówię tylko, że obie strony nie są od nich wolne, a przyjęcie z góry, że tylko jedna strona może tu być obciążona, jest dyskryminacją i to w najgorszym gatunku. Jakie w tym gąszczu ma szanse ojciec pragnący nie tylko kontaktu z dzieckiem ale i domagający się prawa wpływu na wychowanie swej latorośli? Można się dziwić że spada liczba małżeństw? Strach się bać i to jest naturalna postawa młodych ludzi. W tym wszystkim, jakoś mężczyźni nie dorobili się swoich praw. Mają tylko obowiązki. Tak jak nauczyciele. Jest dość oczywiste, iż prawa muszą się wiązać z obowiązkami. Bez tego rodzi się dyskryminacja. Dobrze by ono obowiązywało w obie strony. Też ulubione słowo „prawa” oderwane od „obowiązek”. Prawa mają mniejszości seksualne, ale wedle obowiązującego prawa, zachowania demonstracyjnych obsceników w paradach równości (tylko kogo z kim? - ale to oddzielny temat) czy adopcje dzieci przez pary homoseksualne, już rzekomo, w ramach praw tychże homoseksualistów, nie naruszają praw dziecka do rozwoju przygotowującego je do życia w społeczeństwie i do podjęcia obowiązków społecznych. Ot sztuczka! Prawa katolików też właściwie nie istnieją, bo jakim wręcz wyśmianiem i brakiem reakcji kończą się próby blokowania lżenia symboli religijnych? Nie będę tu przypominał różnych skandalistów opierających swój rozgłos medialny na tej właśnie dysfunkcji prawa. Istniejący też porządek prawny, nie narusza też ponoć praw rodziny i praw rodziców do wychowania dzieci zgodnie z Ich przekonaniami. Tak, tylko nie przeszkadza to w odbieraniu dzieci rodzicom, jeśli System uzna, że wychowują je Oni niepoprawnie politycznie. Tak zobaczmy tą historię malutkiej Róży – jako brutalną ingerencję administracji w życie rodziny. Zaczyna być chyba już powszechnie uznawane za oczywiste, że ten cały aparat jest mozolną budowlą nowych inżynierów dusz. W socjalizmie budowano nowe wielkie budowy lekceważąc prawa fizyki i przyrody nie mówiąc o ekonomii. No i się zawaliło. Przynajmniej ekonomicznie – bo w rozumie pozostały niezatarte ślady. Tu ks.Prof J.Tischner miał odwagę rzucić to w twarz wszystkim tym otaczającym Go Wielkim, a poprawnym. Oburzyli się okrutnie lecz tylko niektórzy lecz i nie omieszkali przekuć to Jego określenie czy raczej diagnozę na narzędzie do zwalczania niepokornych. Czyżby „Seksmisja” i opowieści S. Lema miały być przepowiednią realu?
|