|
Roztrząsanie tego czy miasto ma dobrego gospodarza, lub inaczej – czy jest zarządzane zgodnie z jego interesem, (a właściwie mieszkańców tych obecnych i przyszłych), prowadzone na poziomie ogólnym, jest trudne.
Zawsze, w każdej sprawie, są jakieś argumenty „za” podjętą decyzją lecz i są takie, które dowodzić mogą fundamentalnie „przeciw” jej zasadności. Są też pozory i dogłębniejsza znajomość okoliczności – ta nie zawsze jest dostępna. Na to nakłada się oczywiście cała sfera polityki rozumianej jako czysta walka o władzę. Czy złożoność tej problematyki oznacza brak realnej możliwości dokonania oceny działań gospodarczych przez przeciętnego obywatela, który w efekcie zawsze za wszelkie ewolucje wyczyniane przez władców – gospodarzy i tak płaci? Na takie stwierdzenie nie można sobie pozwolić. Nie wolno dać wolnego pola do działania zasady – hulaj dusza – na rachunek całego Miasta. Czy więc jako obywatele miasta mamy jakiekolwiek narzędzia oceny i – obrony przed ewentualnym – złym gospodarzeniem? Twierdzę, iż jednak mamy. Tym narzędziem jest jak sądzę, w odniesieniu do każdego zauważonego przez nas przypadku zadawanie prostych i narzucających się pytań. Gdy na nie, nie słyszymy odpowiedzi akceptowalnych na gruncie prostej logiki i to formułowanych w potocznym, a nie specjalistycznym języku (tak wymagają nawet formalne zapisy prawa unijnego) wtedy otrzymujemy jasny sygnał o tym, że dana spawa nie biegnie w dobrym kierunku. Nie jest dobrze rozwiązywana – czyli nie jest realizowana przez dobrego gospodarza. Dwie są jednak okoliczności, które trzeba w takiej ocenie uwzględnić. Pytanie nie może dotyczyć – tylko i wyłącznie mojego partykularnego interesu (swych pożytków zapomniawszy – i mnie musi obowiązywać) i drugie – dość niewygodne – trzeba zagadnieniu poświęcić uwagę, nie ślizgać się po pozorach. Trudno, trzeba to podjąć bo jeśli byśmy powiedzieli – nas to nie interesuje jak władcy sobie poczynają – to sami się skazujemy na pozycję biernej masy podatnej na przesuwanie z kąta w kąt - i na przedmiotowe traktowanie nas jako ludzi. To jaką reakcję wybierzemy - jest już naszą decyzją a ta jak i każda, nosi za sobą konsekwencje. Tak jak decyzja zajęcia miejsca za kierownicą po spożyciu alkoholu może pociągnąć konsekwencje ciągnące się do końca życia a nawet przechodzące na naszych następców – by było to brutalnie i prosto powiedziane, tak i ta – o zaniechaniu trudu, może nas dużo kosztować. Lecz to jest już wtedy nasz wybór i nie mamy się potem prawa dziwić. Tu wolność i demokracja są w stosunku do każdego obywatela bardzo wymagające. Przyglądnijmy się jednemu tylko przypadkowi, który tu pokażę jako przykład na to co zostało powiedziane powyżej. Potraktujmy to jako praktyczne rozwinięcie tematu. Oto została publicznie podana do wiadomości (może i było wcześniej to mówione, ale jakoś nie rzuciło się to w oczy) informacja, którą można uznać za charakterystyczną dla myślenia o Krakowie i jego interesach. Dotyczy ona warunków układu pomiędzy Miastem a firmą budującą parking podziemny na Placu na Groblach. Ściśle lokalna ale i ważna dla Miasta sprawa. To, że parking jest potrzebny, i to w tej okolicy nie ma wątpliwości. To, że parking ten ma gwarancje pełnego obciążenia, też nie jest chyba przedmiotem rozterek. Interes jest pewny. Siłą napędową tego interesu jest oczywiście lokalizacja parkingu. Wawel i ilości turystów są tu czymś decydującym. To jest znaczący wkład Krakowa jako Miasta w ten interes. Bez tych warunków – w ogóle nie byłoby żadnego interesu. Stwierdzenie, ze na swych zabytkach i usługach turystycznych Kraków – a przez Miasto też i jego mieszkańcy, w sposób pośredni (poprzez zasobność kasy miejskiej) powinni czerpać zyski, jest też tak jasne jak i to, iż rezygnacja z tych zysków jest wobec miasta delikatnie mówiąc wykraczająca ponad to co się określa – dobre gospodarzenie. To byłby rodzaj grabieży. Jest też powszechnie wiadomo, że Miasto, nie dofinansowywane przez dziesięciolecia, po licznych, a niezbędnych inwestycjach i w trakcie trwania następnych, równie koniecznych, sięga już granic swych wydolności finansowych. Tym bardziej, każdy dochód się liczy – a też i Inwestor, który chce wyłożyć pieniądze, coś zrobić i na tym też zarobić, wart jest zabiegów, tworzenia Mu przyjaznych warunków – wręcz hołubienia. Hołubienie jednak, to nie oddanie całego zysku, a też i wyraźnie powiedzenie – my dajemy miejsce do dyspozycji i klienta, który się pojawi i przyniesie zysk wy dajecie narzędzie do zarabiania. Technicznie rzecz biorąc – miasto jest dostawcą surowca inwestor narzędzi produkcji. I wytwórca i dostawca „wsadu” zarabiają, jeden bez drugiego nic nie zrobią – współpracują dla zysku. Za prawidłowe więc dla gospodarki miejskiej można uznać myślenie; ty budujesz ciągniesz z tego nie tylko zwrot wkładu ale i godziwy zysk. Skoro jednak obydwie strony wnoszą tu elementy tworzące ten zysk to i dzielimy się nim tak, by to obu stronom się opłacało. Chyba logiczne. Powtarzam, bez miejsca i turystów nie byłoby tego interesu do zrobienia. Obydwie strony są na siebie – w sensie pozytywnym, a nie jako przeciwnicy, wręcz – skazane. W przypadku parkingu na Groblach, jak się dowiadujemy z prasy (Dz.Polski.17.10.09).– inwestor, wedle umowy, ma pobierać zyski w całości przez 70 lat. Wysokość będzie oczywiście oparta o rachunek, tak by inwestycja się zwróciła. Ile to będzie – rozważane jest to jeszcze w Centrali Firmy. Może być nawet zakomunikowane tuż przed otwarciem Parkingu. Chwilę! Co to za inwestycja, która ma się spłacać, aż przez lat 70? Jak to jest liczone, jaka to cena jest możliwa do zaakceptowania przez prawa rynku? I co? Teraz dopiero liczą? – nie zrobili wcześniej przymiarki w biznes – planie? Jak w tych obliczeniach sytuowane jest Miasto – czy może w ogóle – wedle umowy to jest poza zainteresowaniem Miasta? Czy należy rozumieć, iż teren Placu na Groblach, staje się wedle umowy na te lat 70 eksterytorialnym obszarem? Tak jak Łęg (elektrociepłownia) jest właściwie też takim terytorium? Na mocy warunków sprzedaży Elektrociepłowni i terenu. Ciśnie się pytanie - jak wygląda w tym układzie tu zysk miasta, jaki będzie jego wpływ na zachowania właściciela parkingu i to w perspektywie tak długiego czasu. I co Radni o to nie pytali? Może po prostu nie byli nawet informowani? Może są jakieś zapisy, a może zostali puszczeni boczkiem jak się to mawia. Warto byłoby to wiedzieć. Postawmy więc sprawę bezpośrednio i prosto. Zawierając umowę zadysponowano najwyraźniej wartością o nazwie Wawel i Starówka (bo to miejsce i Miasto będzie głównym powodem, dla którego znacząca część klientów tu się pojawi), które są wartością, ale nie prywatną Pana Prezydenta, nie kierownika jakiegoś Wydziału, czy tego, kto podpisywał umowę, a Miasta – czyli w imieniu mieszkańców – Rada ma tu dyspozycję. Czy z nią ktoś konsultował warunki takiego kontraktu? Może i konsultował – ale nie pamiętam by opinia publiczna coś na ten temat miała się dowiedzieć. Czyżby na powrót obowiązywała zasada – lud co prawda ma swe prawa, te formalnie honorować trzeba, ale i tak musi być utrzymywany w ciemnocie, a postęp może być realizowany tylko polityką faktów dokonanych. Tak jest łatwiej. Czyżby? Samobójcza to dla skuteczności i jakości zarządzania filozofia podejścia. Wcale też nie jest bagatelną kwestia kalkulacji ceny za parking – bo cena zaporowa – może już na dobre odstraszać klientów na przyszłość . To też jest element polityki Miasta, na który Inwestor wcale nie musi zważać. Przy wyłączeniu Miasta z kalkulacji biznesowej – i ta część interesów miasta i jego mieszkańców, jest dodawana jako mienie niepotrzebne – w swego rodzaju pakiecie handlowym Dla inwestora jest ważne wyciągnąć maksymalną kasę – a jak to będzie skutkowało dla Miasta w dalszej perspektywie – co go to obchodzi? Te racje więc przeciwstawne z natury muszą być na płaszczyźnie umowy zbilansowane. Pytanie – czy są – może uzyskać jakąś odpowiedź wyrażoną w sposób prosty. Władza się dziwi wszelkim protestom przy byle okazji. One – proszę Władzy, są nie tylko jak najbardziej racjonalne, ale i świadczą o postawie obywatelskiej. Nie należy się od nich odganiać jak od natrętnej muchy. Warto zanalizować jakie tu mechanizmy napędzają maszyny protestu. Nie zawsze jest on destrukcyjny. Jako żywo warto przywołać tu przykład „złotego interesu” pod tytułem „Motel Krak”. Byłem świadkiem dosłownie przepychania umowy z oną S-ką w jej procedowaniu. Ponoć niepotrzebnie, ja, i kilka innych osób się wtedy „rzucało” wyrażając wątpliwości, stawiając pytania, na które nie było odpowiedzi. Nie było bo być nie mogło – dziś to wiemy. Oszołomy jakieś, hamulcowi postępu. No i jaki mamy efekt? W przypadku „Kraka”, przynajmniej teoretycznie, Miasto miało pobierać zyski jako procent przychodów. To, że motel doprowadzono do ruiny (znów – jakie było i jest poszanowanie wartości liczącej się w biznesie – lokalizacji) i wykazywano straty, a z tego zrobiła się chryja na długie i nerwowe procesy sądowe, to jest fakt. Straszydło ruiny oraz czyste straty dla miasta. I to w jakim miejscu? Tu też coś takiego może być zaordynowane na lat 70. Oby oczywiście nie – ale chciałbym to wiedzieć. Zadaję więc pytanie, w związku z owym parkingiem, tym razem Radym, którzy mam nadzieję o tym kontrakcie decydowali. Brzmi ono – jak są zabezpieczone (i jak to można przewidzieć w perspektywie 70 lat!) interesy Miasta. Proste pytanie? Pytam też, czy była ze strony Miasta robiona ocena biznesowa tego przedsięwzięcia uwzględniająca pytanie, w jakim czasie rzeczywistym ta inwestycja w tej lokalizacji i z taką ilością gwarantowanych klientów, zwróci się w całości wraz z kosztami kredytu. To też jest pytanie, na które może być udzielona bezpośrednia odpowiedź – bo albo taka analiza była – lub nie była, prowadzona. Tu nie ma stanów pośrednich bo albo się coś robi albo – nie. Rzutuje to w sposób oczywisty na kształt umowy pomiędzy Miastem a Inwestorem. Ta umowa jest zapewne tajna na gruncie prawa handlowego, ale przypomnijmy, że tu nie ma rozmowy pomiędzy dwoma prywatnymi podmiotami i uważam, iż tu niejawność jest co najmniej nie w porządku. Bo jeden partner jest publiczny, dysponuje publicznym groszem. Nie mówimy o prywatnych interesach między prywatnymi osobami a o dyskursie inwestora z milionem prawie osób. Mówimy o dyspozycji pieniądzem publicznym, a nie mieniem prywatnej osoby – strony relacji z inwestorem. Poza tym, znów – opinia publiczna jest zaskakiwana faktami dokonanymi podejmowanymi w sumie – na jej koszt, by było jasne. Kiedyż ten zwyczaj traktowania mieszkańców jak przedmioty, przejdzie, i zostanie zauważone, iż wcześniejsze podanie do wiadomości takich informacji, jasne ich precyzowanie, jest ważnym etapem przed inwestycyjnym? Konstruktywnym, a nie destruktywnym. Podejście takie, jakie jest dziś praktykowane, jest wprost proszeniem się o kłopoty z ludźmi. W najlepszej nawet sprawie i przy najbardziej rozsądnych obywatelach.. Ludzie naprawdę dziś nie są motłochem i nie potrzebują dowartościowania przez władzę w trybie przypływów jej łaskawości. W demokracji to Władza jest dowartościowywana przez ludzi - wyborem. Ludzie chcą być traktowani jak obywatele i chcą widzieć, iż ich miasto nie jest ograbiane decyzjami od których nie ma odwołania i w których nie jest uwzględniany interes obywateli. Tyle i aż tyle się zmieniło, a właściwie – powinno się zmienić. Dla autokratów to niepojęte. Ci mają skłonności do działania na skróty i polityką faktów dokonanych, bez poszanowania dla prostej zasady dobrego konstruowania umów i konsekwentnego podtrzymywania zobowiązań. Dziś mamy ten właśnie sposób myślenia przy wszystkich pięknych deklaracjach. 







|