|
Życie, czasem na bieżąco, chwilą, zmusza do konkretnej odpowiedzi na pytanie czy z góry przewidywalna nieskuteczność działania, śmieszność - by się wydawało, stanięcie z gołymi rękoma i w osamotnieniu przed górą buty, bezczelności i siły, niemożność szerszego wypowiedzenia istotnych racji – usprawiedliwiają bezczynność.
Można też - mimo wszystko uznać, że podjęcie sprawy jest zasadne, bo można uczestnictwem, przynajmniej mieć nadzieję na zwalczenie przemilczania i opluwania, co pozwoli jednak w końcu na pokazanie swoich racji. Tu działa hasło – nieobecni nie mają racji (tak jakby obecni w tej sytuacji mogli ją w ogóle mieć). Z drugiej strony – taki udział nosi inne ryzyko. Ryzykiem tym jest udzielenie rodzaju alibi tej siłowej postawie, samym swoim byciem, uczestnictwem w próbach beznadziejnego dialogu, który w istocie nie jest dialogiem, tylko teatrum dla potrzeb medialno - politycznych. Przykładów sytuacji odnoszących się do tego opisu, przypadków rozstrzygania takich dylematów, od Gmin małych i dużych, po Sejm – jest mnóstwo. Wręcz modelem, może być na poziomie Rządowo – Sejmowym, pierwsza z brzegu, a powszechnie dziś akurat aktualna i znana, sprawa powstawania i tworzenia warunków, w których ma pracować Komisja d/s. afery hazardowej. Na poziomie Krakowa można wskazać sprawę gospodarki opadami – lub też i ogólnie którąkolwiek z kontrowersji dotyczących zwłaszcza większych inwestycji. W przypadku afery - generalne hasło „zzz” (zagłosować, zasypać, zapomnieć) wydaje się być praktyczną realizacją słownych deklaracji wielkiej determinacji w wyjaśnianiu sprawy. Pierwszy ruch – wdeptać w ziemię – Tego co wykrył, a uczestników – kolegów - zdegradować czyli przegrupować i w pewnym sensie – awansować. Wyższa sztuka jazdy medialno politycznej, na którą ludzie przyzwyczajenie do papki telewizyjnej się nabijają Przepraszam, w tym interesie jeden się ostał jako spocony kozioł ofiarny. Dalej, już na wstępnym etapie tworzenia Komisji, odpowiedzialni politycznie za aferę, uważają najwidoczniej całą resztę otoczenia, wraz z opinią publiczną, za dzieci we mgle podatne na GW - prawdy. Uznali bowiem, że liczy się siła i możliwość przegłosowania wszystkiego wszędzie. Nie lepiej to w ogóle z tej Komisji się wycofać – niech sami sobie ogłaszają swoją niewinność. Z drugiej strony, jednak udział w Komisji to wiedza i szansa na powiedzenie swojego zdania - mimo wszystko. Mimo tej koalicji strachu, związku z SLD przed prawdą, IPN-em i innymi wrażymi siłami. To, że Komisja jest do „zzz” to widać nieuzbrojonym okiem. Komisja, w trzy miesiące – z przerwą świąteczną, pod nieobecność prawnika w jej Prezydium, pod wodzą Przewodniczącego Partii, pod której władzą afera wyszła jak szydło z wora i w składzie, który wszystko w zasadzie może przegłosować pod jego dyktando, bez liczenia się z głosami opozycji – ma sprawę teoretycznie wyjaśnić, a w praktyce, tylko co najwyżej może właśnie zrealizować misję „zzz” Opozycja, a głównie PiS – stoi więc przed zupełnie realnym dylematem – uczestniczyć, albo nie brać udziału w tej wręcz hucpie. I tak źle i tak nie za dobrze. Wybrano szansę na dostęp do wiedzy i szansy na publiczne pokazanie faktów i logicznych związków między nimi. Dobrze więc się stało, że Posłowie PiS nie dali się wciągnąć już na początku w przepychanki i sądzę, iż będą się nadal starali programowo unikać teatralnych, a jak przewidzieć można, wywoływanych przez Posłów z PO, zachęt do boksu. Samo to ugrupowanie przekonane już o swej genialności wizerunkowej, opartej na taktyce szoku stosowanego przez awansowanego właśnie (a więc akceptowanego i docenianego) dyżurnego trefnisia z fallusem w ręce, musi w końcu się tą genialnością samo udławić. Już się zachłysnęli – tak byli pewni bezkarności. Ludzie może zobaczą w końcu, co jest pokrywane i zamiatane pod dywan. Co Wyborca z tą wiedzą dalej zrobi, czy da sobie wmówić, iż afery nie było – to Jego wybór i to nie tylko w tej sprawie. Dalsze jednak złudzenia co do rzekomego oszołomstwa broniących interesu Ojczyzny i o rzekomo wielkiej klasie decydentów, skaczących ślepo pod dyktando, oddających, choćby na przykład, a beztrosko - bezpieczeństwo militarne czy energetyczne kraju - na lata - w zamian za poklepaniu po ramieniu i słowa obietnic – są już samobójcze. Akceptacja wyborcza tego tandemu pociągnie konsekwencje – o które nie będzie się mogło mieć pretensji. To już każdy wyborca musi wiedzieć – i dlatego wybrano jak rozumiem jednak – udział. Identyczne dylematy były i są udziałem strony społecznej i wszelkich NGO, wobec problemu gospodarki odpadami. Władza mówi – chcemy konsultacji, chcemy consensusu, a i tak robi swoje, wykonuje wielomiesięczne dryblingi, grając na skłócanie strony społecznej, na obiecanki cacanki, które już są niespełniane oraz na wykorzystanie i eliminację chcących sprawę ułatwić dla Miasta. Nie! Partyjny i kadencyjny interes jest ważniejszy. Uznaje się to za technologię sprawowania władzy. Może. Krótko mówiąc – w obu przypadkach strona opozycyjna wobec brutalności bezczelności władzy jednak wybrała drogę wykonania tej pracy – dania ludziom informacji. Wybrano udział mimo wszystko. I zauważmy – tego wyboru trzeba było dokonać. Wydawało się, iż zmiany polityczne jakie nastąpiły swego czasu w Polsce, będą likwidowały konieczność rozstrzygania dylematów ludzi bezsilnych. A właściwie oczekiwanie było takie, że nie będzie w ogóle ludzi bezsilnych. Nie na darmo przecież wszystko się w życiu społecznym zaczynało od Komitetów i to właśnie Obywatelskich. Samo to, jak te Komitety skończyły swą formułę, dużo mówi o odnowionym systemie, w którym znów są kneblujący i kneblowani. Nie ma co prawda Urzędu na Mysiej – ale są inne metody i armia politruków na usługach. Niestety – można więc oceniać, iż sytuacja w tym względzie raczej się pogorszyła niż polepszyła. Piękne deklaracje pięknie brzmią – lecz realia są takie, że pozwalają władzy na traktowanie dyskursu ze społeczeństwem i ogólnie – opozycją, tylko jako elementu „dowartościowania strony społecznej”, wykazania niby - „pluralizmu” przy równoczesnym agresywnym i bezwzględnym monopolu oraz lekceważeniu informacji niezależnej. Jest też ćwiczone wykonywanie innych wygibasów wizerunkowych. Te są realizowane banalnie prosto w oparciu o prawienie bajek i robienie swojego. I ta metoda - o dziwo - się sprawdza. Składanie obietnic bez pokrycia - uchodzi płazem. Zauważmy, że nawet sprawozdanie z procedowania danej decyzji jest kontrolowane przecież tylko od strony formalnej, a nie od strony zawartości merytorycznej podejmowanych rozstrzygnięć czy procedur. Kolejne instancje, właściwie kontrolują tylko czy aby nie było uchybień, czy np. terminy były dotrzymane. Nawet to, czy one były – jest tylko na papierze, a jak było w rzeczywistości, któż to wie? Klasa urzędnicza w tych klockach z terminami, wywieszaniem, ogłoszeniami, w doborze miejsc ogłoszeń, doborze ekspertów – jest biegła. Kogóż to i czy w ogóle kogokolwiek obchodzi, iż buduje to pracowicie mur totalnego (czasem nawet nieusprawiedliwionego) i narastającego braku zaufania do wszelkiej władzy. Nakłada się na to znacząca komplikacja machiny urzędniczej (oczywiście pod hasłem transparentności i zabezpieczaniem się przed korupcją). Machina ta już wchodzi pod działanie Prawa Parkinsona i ma dużą łatwość odwoływania się do rzeczywistych lub tylko życzeniowo interpretowanych, dyrektyw czy przepisów unijnych. Dodajmy do tego najważniejsze - faktyczny brak kontroli Wyborcy. Ten ostatni, w akcie wyborczym nadal najczęściej głosuje, a nie – wybiera. Wrzuca głos pod naciskiem mediów, owczym pędem dyskwalifikuje kandydatów ogłoszonych za oszołomów, wierzy w zupełnie niespójne nawet logicznie deklaracje przedwyborcze. Znakomita większość ludzi wcale nie interesuje się tymi rzeczami, wręcz uważa politykę za coś podejrzanego, (co też jest wynikiem pewnej pracy medialnej niezbędnej dla uzyskania bezmyślnego i reagującego na hasła elektoratu). Nie widząc w działaniach politycznych spoiwa życia wspólnotowego, traktując politykę jako wewnętrzną sprawę klubu zainteresowanych, ludzie wszystko to politykom puszczają płazem, albo nie idą do wyborów – co na jedno wychodzi. Z tego choćby tylko powodu, powiedzmy sobie wprost, politycy są zainteresowani, by przy wszelkich pięknie brzmiących deklaracjach o konieczności i chęci budowy społeczeństwa, obywatelskiego – takowe przypadkiem nie zaczęło nawet powstawać. Znów – co innego się deklaruje – co innego się robi – a ci co to pokazują – nazywani są oszołomami i albo mogą tą rolę przyjąć- albo milczeć. Taka jest rzeczywistość – i nie ma co się na nią obrażać- wystarczy tylko jej znaczenie i wpływ na nasze życie wyraźnie definiować i uwzględniać. . Taki stan to nie jest nic nowego. Ba! Stan taki jest właściwie za zupełnie naturalny – chociaż w istocie jest patologią. Czasy totalitaryzmów, gruntownie stępiły ostrość patrzenia na te wcale nie tak zawsze jednoznaczne sytuacje. Dylemat wyboru, czy aby nie bardziej czyste moralne, zasadne i bardziej wyraziste jest stanięcie obok, usunięcie się, wydaje się być słuszny. Najczęściej przecież nie ma możliwości nawet powiedzenia owego NIE, a sama nasza obecność w pewnych gremiach, jest tytułem do stwierdzenia, że konsultacje były, że uczestniczyła strona społeczne, że próbowano uwzględnić, że było się świadkiem i nic się nie mówiło (bo w protokóle nie będzie) itd. By nic nie mogło dotrzeć do społeczeństwa obecnie, mając środki techniczne ku temu, usłużnie politrucy nowego chowu, kneblując albo przeinaczając owo „nie”. Innymi słowy – można i trzeba zapytać, jak ma się pojęcia skuteczności działania i powiedzenie „nieobecni nie mają racji” do tego, że obecni bywają w tych sytuacjach i tak traktowani tylko jak slupy, na których stawiany jest czasem i najzwyklejszy szwindel. Wbrew pozorom nie jest to takie proste. Milczenie przecież jest jednak też przyzwoleniem i wiąże się z późniejszym zarzutem – gdzie byłeś jak ową niegodziwość robiono. I tak źle, i tak niedobrze. Dobrze ten problem zaobserwować na przykładzie właściwie każdej z dziś powadzonych tzw. konsultacji społecznych, rozmów na dowolny temat pomiędzy stroną decydentów a społeczną. Jak widać skomplikowana to materia – a każdy przypadek nie tylko jest indywidualny ale i indywidualnie się rozwija. W sprawie śmieciowej, opinia publiczna dowiedziała się o sprawie to co powinna brać pod uwagę, lecz przeciągnięcie struny, przelanie się morza tupetu władzy spowodowało, że strona społeczna – i w tej części wyciągającej rękę ponad podziałami i interesami partyjnymi – w końcu była zmuszona powiedzieć – od dziś Państwo bawcie się sami. Jaki będzie skutek – zobaczymy. Jak już napisałem kiedyś można widzieć różne scenariusze lecz z nieciekawym wynikiem. Jedno jest pewne. Ludzie, obywatele – nie mogą powiedzieć, że nie wiedzą co się dzieje i do czego to zmierza. Tak jest w przypadku śmieci w Krakowie i uznaję za wysoce prawdopodobne, że tak będzie i w owej Komisji, gdy już każdy będzie mógł zobaczyć i własnym rozumem ocenić, co wyrabiają ludzie złączeni strachem przed prawdą i wyjściem z tej sytuacji. W końcu proponowany rodzaj prohibicji jest wypełnieniem postulatów lobby hazardowego – nagania klientów – kasynom, czyli Mirom, Zbychom, Grzechom, bezpośrednio zainteresowanym w ich monopolu. Nie da się uniknąć własnej oceny i zrozumienia dlaczego dylemat wyboru uczestnictwa lub nie uczestnictwa, został w każdym przypadku tak rozstrzygnięty jak został rozstrzygnięty Wolność – to jest wartość nie tyle i tylko dana. Ona też jest zadana. I bardzo prosto można ja w bezmyślności stracić. |