Ścieżka powrotu

Krakowska Gazeta Internetowa Opinie Czy parytet to dyskryminacja?
Smaller Default Larger

Dzielnica IV Kraków

TVP 3


meble biurowe


Czy parytet to dyskryminacja? PDF Drukuj Email
Opinie
środa, 16 grudnia 2009 21:52 | Wpisany przez fsd
 Dziś, w szczególności wobec deklaracji równości, jako kryterium różnicowania pojawiła się płeć i europejskość. Kobiety i Europejczycy internacjonalni  – to dobrze, mężczyźni i patrioci a jeszcze gorzej – mohery – to źle.  Drugim ważnym elementem powodzenia tej manipulacji jest skuteczne zakwestionowanie jakiegoś systemu wartości i podstawienie w to miejsce swojego. I tak  na przykład, Rewolucja Francuzka oparła się na skasowaniu triady „Bóg Honor Ojczyzna” na rzecz „Wolność, Równość, Braterstwo”  bez sprecyzowania jaka jest różnica pomiędzy wolnością a zniewoleniem w dowolności działań, co różni równość od rzeczywistych i naturalnych przepastnych zróżnicowań, czym się różni braterstwo od kumpelstwa i skasowania autorytetów.
Zauważmy jednak ważną rzecz. Wszystkie poprzednie systemy opierające się na dyskryminacji odwoływały się tylko do części populacji. To cała reszta – większość, była w przeszłości dyskryminowana. Nowocześni manipulanci poszli dalej. Koncepcja oparcia się o płeć, gwarantuje potencjalne zainteresowanie, proponuje znalezienia się w grupie uprzywilejowanej przynajmniej 50% populacji. Do tychże 50 % odwołuje się z informacją iż jest ona dziś dyskryminowana i potrzebna jest walka Z kim? A no – drugą połową populacji. Kto się da na to nabrać będzie miał ręce zajęte „walką” a manipulanci będą mieli poparcie jako wodzowie cierpiętników. Genialne w swej prostocie.  
Również skuteczne jest bełtanie w głowie propagandą – dziś zwaną – technikami PR
I tak feminizm – bo to jest ten nowy system zbiera swe żniwo – pomimo ewidentnych już objawów dyskryminacji rodu męskiego. Nie na darmo ma on zawsze poparcie nie gdzie indziej, a właśnie w lewactwie. To jest po prostu ciąg dalszy tamtych systemów.
Na razie tylko się zapowiadający, ale niestety zapowiada się nieźle – tak jak skuteczność bajek o globalnym ociepleniu snutych dla opanowania gospodarczego. Mamy dziś przecież kłótnię już o to że bogaci nie będą płacić – biedne kraje mają płacić – to i z tych okopów niewolnictwa gospodarczego przy całej „równości” mogą zapomnieć. To będzie realny koszt wzięcia wcześniej pieniędzy na programy wyrównawcze” co zresztą „oszołomy” trąbiły swego czasu na prawo i lewo.  
Pokazuję – to wszystko jest jeden korzeń – choć sprawy pozornie się zupełnie nie łączą.
Łączą – jak najbardziej – w sposobie myślenia o manipulacji tłumem, społeczeństwami.
W ogóle sama koncepcja podziału dla dziel i rządź – jako stara jak świat zdaje jakoś zdumiewająco egzamin. Wielka jest bowiem siła mediów i politycznej poprawności, która oczywiście opiera się na ukształtowaniu kalek pojęciowych. W dobie mediów, takie kształtowanie jest proste. Byle by – ci rzeczywiście dyskryminowani,  nie mieli dostępu do mediów. Mają być zakneblowani, każda wypowiedź niepoprawna politycznie natychmiast musi być ogłoszona oszołomstwem, a dyskryminujący mają mieć prawo trąbić na prawo i lewo o swym męczeństwie. To jest sztuczka i …narzędzie.
Dziwny jest ten świat.
Mniej mnie interesują dziś te mechanizmy manipulacji – bo te, w realizacji,  mają taką ilość odmian, ile jest przypadków. Wszystkich się nie opisze i nie przewidzi.
Lekarstwem może być tylko wyrobienie nawyku do samodzielnego myślenia z odrzuceniem kalek pojęciowych. W ogóle pojawienie się takowej kalki – rzekomo „oczywistości” – powinno być już sygnałem ostrzegawczym.
I to jest pierwsze, o czym myślę, szukając środków zaradczych na tego rodzaju zagrywki. Drugie co mi się nasuwa – to apel o zastanowienie się nad istotnym znaczeniem słów. W końcu jednym z podstawowych mechanizmów manipulacji, jest podmiana znaczeń. Na przykład – słowo kult – kultowy. Co kult oznacza i czego dotyczy – wiadomo – ale jak do tego ma się użycie słowa „kultowy” w odniesieniu do filmu czy przedmiotu? Jaką jednak wartościowość mianowaną otrzymuje owo niby „kultowe zjawisko” kultowa modelka, piosenkarka.
Albo – dyskryminacja. Dyskryminuję na przykład kogoś – uważam tego kogoś za nie równego sobie. Jest to wiec akt mojego wyboru, postawy wobec drugiej osoby. Nie sądzę jednak by w istotnym tego słowa znaczeniu na przykład inwalida był dyskryminowany. Raczej, to Jego widzenie świata i Jego bariery, nie są po prostu widziane. Nie umniejsza to problemu – ale zupełnie inaczej go definiuje. Sytuacja inwalidy to więc nie jest dyskryminacja, tylko ślepota społeczna i …znieczulica. Należy je tępić i naprawiać – to równie oczywiste. To są elementarne zupełnie braki w rozumieniu dekalogu i w kindersztubie. Dalej idąc, mówienie o dyskryminacji kobiet w sytuacji, gdy mają one faktycznie nad prawa (patrz wyroki sądów, dla ironii chyba nazywanych, rodzinnymi – bo działają w istocie i w wielu przypadkach przeciw rodzinie) jest nadużyciem pojęciowym. Akceptowanym już dziś w nowomowie – co stanu faktycznego nie zmienia. Ta operacja pojęciowa nie jest niczym innym jak tylko właśnie narzędziem używanym do żądania udzielenia kobietom większych praw (wszak przy równości obywateli mają one te same prawa) czyli dyskryminacji „nie kobiet” – czyli mężczyzn. Czymże innym jest przecież, na przykład, żądanie parytetu wśród posłów. Tych, co jak co, ale wyróżniać powinna nie płeć czy piękność, a mądrość, rozwaga, prawość – to bardzo zdefiniowane kwalifikacje. Dlaczegóż by, dalej idąc, nie żądać parytetów i w innych zawodach, ba! W cechach fizycznych. Co ma do tego płeć?  Że bywa nierówna płaca? A czy mówimy o tej samej przydatności dla pracodawcy  - tak się zapytajmy – bo to on płaci, a nie instytucja charytatywna. To dlaczego nie ma parytetu wśród urzędników – na przykład? Nie ma parytetów wśród kolarzy, pływaków – są po prostu naturalne skłonności i talenty – te ludzi różnią – jak i zainteresowania. Świat urawniłowki już był wprowadzany – Gułagami.  
Ewidentny świat naciąganych absurdów. Do czego naciąganych? Stosunkowo nie trudno wyjaśnić. Chodzi o mobilizację jakiejś grupy w jednym celu. Nie popierajmy na przykład w wyborach kogo innego, tylko „naszą”. Dlatego i wszelkie ruchy feministyczne ożywiają się gwałtownie w perspektywie wyborczej.      

Sądzę więc, iż polemika jako taka, nie jest potrzebna, a potrzebne jest uniwersalne zupełnie wołanie o odrobinę zdrowego rozsądku na co dzień. No i co najważniejsze, powiedzenie, że nie ma co wołać o kodyfikację praw kobiet, wymyślanie kolejnych kodeksów zawodowych, opracowywanych jeszcze w sekcjach specjalistycznych. Wystarczy zasadnicze przypomnienie Dekalogu jako jednego konkretnego prawa moralnego i wołanie o najzwyklejszą przyzwoitość. Bo zgódźmy się – że wszystkie i to dokładnie wszystkie wołania feministek, biorą się albo z niegodziwych zachowań otoczenia, albo z instrumentalnego używania kobiet (bo się jakoś dają) poprzez kwestionowanie prawa zapisanego w dekalogu. W tym ostatnim temacie zobaczmy, że nie pomogą żadne wygibasy – by nie nazwać zabójstwa dla wygody – zabiegiem. Nic nie jest też w stanie przekwalifikować damskiego boksera na obrońcę czegokolwiek, nie da się powiedzieć, że w pojęciu „dobro dziecka” – mieści się wyrabianie w nim przekonania, iż oto tata = bandyta, zwyrodnialec – choć jest to normalny człowiek. Traktowanie drugiego CZŁOWEKA jak reproduktora – i izolowanie Go od dzieci jest krzywdą i dla tych dzieci i dla drugiego człowieka, czynioną  za kierowniczym sprawstwem prawa skonstruowanego przeciw przyzwoitości i logice.
Po prostu dla wygody  jednych a ku dyskryminacji – drugich. Bo tak wygodniej. Ale jednym.
Dekalog zresztą, zawsze się łamie – dla wygody.
W każdym z dziesięciu punktów.