Ścieżka powrotu

Krakowska Gazeta Internetowa Opinie Zlikwidować emerytury czy emerytów?
Smaller Default Larger

Dzielnica IV Kraków

TVP 3


meble biurowe


Zlikwidować emerytury czy emerytów? PDF Drukuj Email
Opinie
piątek, 01 stycznia 2010 10:26 | Wpisany przez Feliks Stalony-Dobrzański

Padają argumenty, od kryzysowych, poprzez demograficzne, aż po zwiększone możliwości medycyny, które dają wydłużenie czasu aktywności. Każda grupa tych argumentów ma swoje blaski i cienie. Popatrzmy na przykład na taką kwestię demograficzną.

Faktycznie – jako społeczeństwo się starzejemy, a nie  tylko przecież z zasługi medycyny ale i dzięki specyficznie rozumianej polityki prorodzinnej. Jaka to jest polityka prorodzinna – gdy wielodzietność jest ułomnością, singlowe bycie, staje się coraz bardziej racjonalnym rozwiązaniem, a rozbicie małżeństwa traktowane jest jako konieczność życiowa przy pierwszej nadarzającej się przeszkodzie? I ten proces nie jest hamowany, a raczej można powiedzieć, jest wspomagany. O takim pojęciu jak rodzina homoseksualna już nie wspomnę  w tym kontekście, z przyczyn czysto naturalnych. W takich raczej zespołach niż rodzinach (do czego poprawność polityczna namawia)  - przyrost naturalny po prostu nie jest generowany, a wręcz poprzez wszczepianie młodym tego modelu życia, hamowany.
Starzenie się społeczeństwa i równoczesne zerwanie naturalnego biegu kariery zawodowej poprzez kolejne szczeble i honorowanie autorytetów – daje przerwy pokoleniowe w życiu gospodarczym. Faktycznie – odchodzący na emerytury mają być zastępowani przez nie zawsze przygotowanych pracowników. Nie przygotowany – nie oznacza głupszych, gorzej wykształconych. Tu obawy pracodawcy polegają na czym innym i są w pełni uzasadnione. Nie wolno tracić z oczu tego, że niejednokrotnie najwyższe formalne i fatyczne kompetencje ludzi młodych zderzają się z brakiem etosu zawodowego. Ci co dziś kończą pracę – z natury przecież nie mieli i nie mają bladego pojęcia o rzeczach, które dla młodych są oczywistością. To jest istota postępu. Kompetencja jednak, a doświadczenie w zawodzie to są różne rzeczy i choć obie są potrzebne, to brak doświadczenia przy nawet wysokich formalnych kwalifikacjach dla firmy jest groźny. No i mamy kłopoty kadrowe. Przedłużenie okresu pracy – to czasem z jednej strony konieczność ale i blokada dla młodych . Fatalne w dalszych skutkach. Ci młodzi nie znajdują się w systemie, których by ich wręcz zmuszał do korzystania ze szkoły życia – sami tą szkołę dopiero, i to kosztownie dla firmy, przerabiają. Od startu wchodzą w tryby hierarchii zarządzania, a nie hierarchii zawodu.    
Mogę pokazać dla przykładu – duży zakład metalurgiczny – zarządzany przez stosunkowo młodych ludzi – po szkołach rolniczych, którzy uważając  to za racjonalizację zatrudnienia – pozbyli się starej kadry technologicznej – i młodzi to, co dowiedzieli się na studiach czy w szkołach – sami dziś praktykują. W wyścigu szczurów – przyznać się do konieczności szukania porady i to na zewnątrz? Samobójstwo. Wynik? Każda reklamacja uznana (tak na wszelki wypadek) często i bywa słuszna, a „ekspertyzy” wykonują raczej znajomi niż kompetentni w zawodzie. Tym przynajmniej można zaufać iż nie „sypną”. O ile prywatny właściciel huty by sobie na taki układ nie pozwolił – to system zbiorowej odpowiedzialności – i globalnych pieniędzy oraz form prywatyzacji – to dopuszcza.
Przypomina mi się tym kontekście, opowieść starego technologa z jednego z Zakładów, jak to On, jako młody człowiek, jeszcze przed wojną (i to nie Polsko - Jaruzelską) był przyjmowany do pracy. O samej procedurze dowiedział się dopiero, gdy sam już był w ścisłym gronie zarządzającym, a pracującym dla szefa – właściciela. Krótko - w przemyślnych ruchach, była sprawdzana w działaniu – jego skuteczność w kontaktach, reakcja technologiczna z użyciem posiadanej wiedzy, umiejętność przyswajania nowych informacji, samodzielne śledzenie tych informacji itp.
Dziś? Konkurs piękności – testy – formalistyka. Zostaje najszybszy w wyścigu szczurów – co nie znaczy wcale – najlepszy. I tak Polska odpada od ściany po której wszyscy się technologicznie wspinają. Mając doskonałych czasem „zawodników”. Potwierdzają oni swe możliwości zatrudniani tam, gdzie te opisane reguły nie obowiązują. U nas to jest wada systemowa, o której decydenci nie wiedzą ale tylko dlatego, że problemu nie widzą.

Wróćmy do głównego tematu.  
Zwiększone możliwości medycyny, wcale nie oznaczają dostępności procedur – jak się to dziś mówi o leczeniu. Zauważmy właśnie – mamy procedury, w miejsce leczenia, lekarza walczącego bardziej z administracją i procedurami niż choróbskiem pacjenta. Z punktu widzenia tych procedur – człowiek po 65 roku życia – co tu dużo ukrywać – jest inaczej traktowany.  Tak więc zwiększone możliwości medycyny, wcale nie muszą się wprost przekładać na wydłużenie średniego życia człowieka po przejściach w bardzo nieraz dziwnych warunkach pracy.  Jak się przecież ma przepis BHP do rzeczywistych szkodliwości może powiedzieć onegdajszy przydział mleka jako panaceum na narażenie promieniowaniem. Z każdego stanowiska pracy tu można snuć opowieści, które tylko ludzi denerwują i nic więcej.
Argumenty kryzysowe – dla każdego pracującego brzmią jak uczniowskie tłumaczenie. Jasne – kryzys i braki deficytu są. Lecz kryzys nie zwalnia z płacenia za świadczenia, nie zwalnia z płacenia w sklepie (wręcz odwrotne) i nie zwalnia też z dotrzymywania umów. Umowa zaś jest jasna. Przymus odprowadzania składki na poczet przyszłej emerytury – do państwowej instytucji, rodzi zobowiązanie Państwa w zakresie rozliczenia się z wpłaconych kwot. Państwo kiedyś założyło, że obywatel jest tak niegramotny i tak nie będzie potrafił myśleć o swej przyszłości – że o nią nie zadba, natychmiast wszystko przeje, przepije, przehula. Państwo podjęło się – i to zobowiązanie KONTYNUUJE – do przejęcia opieki po przejściu na emerytalny spoczynek.

Cóż to nam się wyłania?
Najprostszy z prostych fakt. Im dłużej obywatel pracuje tym krótszy staje się czas od przejścia na emeryturę – do zejścia z tego świata biorcy świadczenia. Nie ma czegoś takiego jak konto uskładane przez każdego pracującego – które byłoby mu dostępne w całości po wypełnieniu przez niego tej części umowy – pracowałem tyle ile się umówiliśmy – i w tym czasie dawałem Wam pieniądze. Dostaję emeryturę proporcjonalnie do zarobków które osiągałem w czasie aktywności zawodowej – a jeśli zejdę wcześniej niż ustawa (czyli średnia długość życia) przewiduje – to reszta, w części może finansować tych żyjących rozpasanie długo – ale reszta ponad znów tą średnią statystyczną – ma wrócić do moich spadkobierców.
Oczywiście wielka zagadką i to przypuszczam, że dla wszystkich jest kwestia jakie są koszty działania „obsługi” -jeśli to tak można nazwać – tego systemu i redystrybucji środków.  
Doprowadzenie do sytuacji, w której większa część przyszłych emerytów już nimi nigdy nie zostanie – a reszta w mniejszym stopniu uszczupli konto tego, kto ma wypłacać (Państwa, ZUS – obojętne), bo wziął na siebie ten obowiązek, jest dla niego korzystne. W ogóle by było najlepiej by delikwent w ogóle nie zawracał głowy oczekiwaniem do emerytury i na wypłatę tejże..
W końcu, wedle starej zasady urzędniczej – wcale nie trzeba dawać odpowiedzi odmownej. Wystarczy by czas oczekiwania, był dłuży od czasu życia klienta.
W tej „umowie” pomiędzy obywatelem a Państwem jest jeszcze jedna fundamentalna wada prawna, która jak sądzę tę umowę stawia w zupełnie innym świetle. Państwo – jako strona umowy – ma w ręku narzędzia narzucania i zmiany warunków tej umowy. Obywatel nie może od niej odstąpić, umowy nie może negocjować. To jest identyczna „umowa” jak umowa z NFZ-tem – z którym „negocjacje” w najmniejszym stopniu nie zasługują na to miano.
Mówiąc wprost – kiedyś z tego pomysłu nadopiekuńczości Państwa się nie wycofano – bo i przyznajmy, że taką stajnię po 50 latach bezprawia, które jeszcze na dodatek ludzie uważają za okres szczęśliwego bezpieczeństwa socjalnego – uprzątnąć jednym ruchem i krótkim czasie się nie dało. Mało to jednak tłumaczy. Minęło 20 lat – i każdy od tematu ucieka – bo raz, że jest on gorący politycznie, a dwa - te pieniądze na bieżąco wpływające od pracujących, to jest potężna kasa- a zawiadywanie kasą – to samo w sobie jest miodzio, jak by powiedział pamiętny Gucio.
Dziś średnia krajowa to ponoć brutto – 3.200 złotych. Od tego ile idzie realnie do ZUS-u a ile na ZUS? Może i ktoś to wie. Samą sprawność zarządzania kasą ludzi poza Ich plecami już udowodniły OFE. Albo kto pamięta też tzw. świadectwa udziałowe i handel tymi świadectwami? Ten system jest zbyt lukratywny dla Państwa a interes pracującego ludu – w tym jest tylko dobrym hasłem. Na to wygląda.
Krótko mówiąc – chciałbym zobaczyć na swoim koncie to, co wpłaciłem do ZUS-u i niech już Państwo nie przejmuje się moją emeryturą. Konkluzja wcale to nie nowa – powiem więcej jest ona powszechna. Stwierdzenie oczekiwania skrócenia kolejki do kasy udzielnej przez ZUS – poprzez wydłużenie czasu pracy (czyli skrócenia czasu przebywania na emeryturze) jest na tyle oczywisty, ze inne argumenty odbieram tylko i wyłącznie jak zasłonę dymną.
Drodzy rządzący – logiczne rozwiniecie tego myślenia prowadzi do genialnej w swej istocie koncepcji. ZUS. Po zrównaniu statystycznego czasu życia z czasem pracy – ZUS staje się lukratywnym źródłem pieniędzy tryskającym z działania przymusu państwa wobec obywateli W ten oto prosty sposób zostanie rozwiązany problem kurczenia się grupy pracujących „utrzymujących” swą pracą emerytów za to zasilających kasę Państwa następnym para - podatkiem.
Nic to – zrobię papiery rolnicze – przeniosę się na wieś – wpisze się do KRUS,  - ale i to mnie przed tym mechanizmem nie uchroni!
Facecjonistą jest co prawda Janusz Korwin -Mikke – ale warto go czasem posłuchać – i przetworzyć Jego myślenie na wnioski praktyczne
Czego Państwu – czyli Wam drodzy Czytelnicy – i Państwu – czyli Rządzącym życzę