Ścieżka powrotu

Krakowska Gazeta Internetowa Opinie Moja Olimpiada
Smaller Default Larger

Dzielnica IV Kraków

TVP 3


meble biurowe


Moja Olimpiada PDF Drukuj Email
Opinie
czwartek, 18 marca 2010 10:44 | Wpisany przez licealistka

Długo zastanawiałam się od czego by tu zacząć… W końcu postanowiłam uznać, w myśl starego porzekadła, że najprostsze pomysły są zawsze najlepsze. W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak cofnąć się do początku mojej wędrówki wytyczonej olimpijskim szlakiem.

    Zachęcona wręcz błyskawicznym - bo osiągniętym już w pierwszym roku gimnazjalnej nauki – sukcesem w postaci otrzymania tytułu laureatki w Małopolskim Konkursie Języka Polskiego, chciałam pójść za ciosem i spróbować swoich sił w podobnych zawodach już na początku nauki w liceum. Szybko jednak wyleczyłam się z tego pomysłu – po kilku wrześniowych tygodniach dotarło do mnie, jak wielka przepaść dzieli szkołę podstawową od średniej. Szczególnie dał mi do myślenia wysoki poziom prowadzenia rozszerzonych lekcji języka polskiego. Niemalże uniwersytecki charakter sporządzonych przeze mnie notatek nierzadko wymagał sięgania po słownik wyrazów obcych. Ja, która nie przywykłam do wielogodzinnej i żmudnej nauki mojego ulubionego przedmiotu (dotychczas większość istotnych informacji zapamiętywałam na lekcji), nagle musiałam zapoznawać się z niemałą liczbą nowych pojęć i nazwisk, uczyć się cytatów, a niekiedy powtórnie analizować omawiane na lekcji teksty, ażeby zadowolić stale dążącą do perfekcji, jedną z bardziej uciążliwych stron mojej natury. Mimo że moja polonistka w żaden sposób nie zniechęcała mnie do realizacji swych zamiarów, ba, w odpowiedzi na moje ambitne olimpijskie zapędy dostarczyła mi nawet tematy konkursowe, to sama uznałam, że realne szanse na dostanie się chociażby do drugiego etapu będę miała dopiero w drugiej klasie, po rocznym okresie nasiąkania licealnym klimatem, po zapoznaniu się z takimi terminami jak chociażby paralela czy katabaza.
    I tak, z listą zagadnień zaproponowanych przez organizatorów konkursu , zaznajomiłam się już pod koniec wakacji. W miarę czytania poszczególnych haseł przewodnich umieszczonych na internetowej stronie olimpiady, moje rozczarowanie sięgało zenitu - żadne z nich bowiem nie wzbudzało mojej aprobaty. Kiedy już miałam ulec ogarniającej mnie rezygnacji i wybrać „mniejsze zło” w postaci najmniej nie - interesującego mnie tematu, moje zwątpienie przeistoczyło się w euforię. Uczucie to ogarnęło mnie w chwili, gdy z lękiem przeczytałam zdanie stanowiące moją ostatnią nadzieję, zdanie stanowiące temat siódmy: „Hamlet – książę polski; metamorfozy postaci Hamleta w polskim dramacie i teatrze”. Lepszego doprawdy nie mogłam sobie wymarzyć! Muszę w tym miejscu wyjaśnić, że wprost uwielbiam twórczość Williama Szekspira, zaś samego „Hamleta” uważam  za arcydzieło wszechczasów. Myślę, ze mój stosunek do tej sztuki warunkuje swoiste powinowactwo dusz, silne poczucie utożsamienia z elsynorskim księciem, jakie towarzyszy mi za każdym razem, gdy wertuje karty  tego dramatu.
    Wraz z rozpoczęciem roku szkolnego ruszyła cała maszyna olimpijskich przygotowań. Ten niełatwy dla mnie okres, przepełniony licznymi wizytami w gmachu przy ulicy Rajskiej, ciągnącymi się w nieskończoność kolejkami do punktu ksera czy godzinami spędzonymi na czytaniu i dogłębnej analizie pozycji zaczerpniętych z proponowanej bibliografii, trwał prawie 3 miesiące. Pamiętajmy, że podczas przygotowań do pierwszego etapu konkursu uczniowie w żaden sposób nie są zwolnieni z obowiązków szkolnych, tak więc napisanie stosownej pracy okupione było niemalże nieprzespanymi nocami, rezygnacją z chwil wolnego czasu i życia towarzyskiego. Cóż, ciężki jest żywot olimpijczyka, ale, jak mówią, bez pracy nie ma kołaczy!
    Oczywiście, nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o roli, jaką odegrała w tym pierwszym etapie moja polonistka. To właśnie do niej mogłam zwrócić się z moimi licznymi wątpliwościami  dotyczącymi najdrobniejszych szczegółów interpretacji postaw głównego bohatera sztuki, to ona dostarczyła mi część potrzebnych lektur i wreszcie pomogła  nadać ostateczny kształt planowi pracy. Obok tych godzinnych konsultacji z panią profesor, sporo dało mi spotkanie w auli I LO prowadzone przez organizatorów konkursu, na którym można było zapoznać się z wymaganiami, oczekiwaniami komisji wobec każdej z prac.
    W końcu nadszedł dzień rozliczenia, czyli termin oddania prac. Moja rozprawa została oceniona przez dwie polonistki, opatrzono ją odpowiednimi kontrasygnatami w rodzaju : „Kieruję do zawodów drugiego stopnia” i … poszła! Teraz czekało mnie kilka tygodni oczekiwania, trwania w niepewności, w obawie, czy tekst spodoba się komisji równie daleko, jak pani profesor.
    Po ponad miesięcznym obgryzaniu paznokci z nerwów i, co tu dużo mówić, sporej chwili na złapanie drugiego oddechu przed ewentualnym „rejonem”, moja polonistka pogratulowała mi sukcesu. Tak! Uzyskałam potwierdzenie, że trzy miesiące żmudnej (chociaż też pasjonującej pracy) nie poszły na marne. Jednak moja euforia szybko ustąpiła miejsca poczuciu bezlitosnej ironii losu. Otóż, następny etap konkursu składał się z dwóch części – pisemnej i ustnej. Aby zakwalifikować się do drugiej z nich, należało zdobyć odpowiednią liczbę punktów z kolejnej, pisanej na miejscu pracy oraz… testu z gramatyki języka polskiego! O, zgrozo! Jedyna dziedzina mojego ukochanego przedmiotu, która nigdy nie wzbudzała mojej sympatii, i przyswajanie której zawsze było dla mnie męką, musiała powrócić do mnie akurat  w tym momencie! Sprawa przedstawiała się w o tyle ciemnych barwach, że w związku z nieobecnością tajników gramatyki w programie nauczania szkół średnich, ostatni raz ze zdaniami podrzędnie złożonymi i spółką miałam do czynienia w gimnazjum, czyli jakieś dwa lata temu. Ale cóż mogłam począć  - pozostawało mi jedynie wziąć się ostro do pracy!
    I tak, drugi tydzień długo wyczekiwanych ferii spędziłam na zagłębianiu się w opasłe, ale za to dość przystępne dzieło pani Kowalikowej, na odnajdywaniu swoich dawno już pokrytych kurzem zeszytów do gramatyki z gimnazjum i tym podobnych „rozrywkach”. Po dwutygodniowej przerwie zimowej moje przygotowania zostały znów mocno ograniczone przez obowiązki szkolne. Do moich notatek miałam zamiar wrócić dopiero w ostatnich dniach przed olimpiadą, które właściwie przysługiwały mi z urzędu jako wolne od zajęć dydaktycznych. Niestety, dokładnie na tydzień przed zawodami dał o sobie znać Tłusty Czwartek w parze z jakimś paskudnym wirusem, co zaowocowało grypą żołądkową. Ku mojej nieopisanej radości, w dniu, w którym zmogła mnie choroba, dostałam SMS – em  „superważną informację” od koleżanki. Przekazywała mi ona od Pani Profesor, że nazajutrz mam warsztaty w auli V LO. I wypadałoby na nich być. Nie powiem, od razu poprawiło mi się samopoczucie…
    Na szczęście, w sobotni poranek towarzyszyło mi już tylko ogólne osłabienie, więc udało mi się pojechać na Studencką 12. Spotkałam tam o rok starszą koleżankę, z którą jeździłam na różne konkursy w gimnazjum. W przerwach między wykładami oraz w drodze powrotnej mogłyśmy dzielić się swoimi olimpijskimi wrażeniami. Już w trakcie trwania warsztatów uznałam, że przyjście tutaj warte było nawet pokonania gorączki. Składały się one z cyklu trzech wykładów, wygłaszanych przez niegdysiejszych laureatów olimpiady, a dziś członków jej komisji i profesorów najlepszych uczelni. Pierwszy z nich dotyczył wiersza Juliusza Słowackiego pod tytułem „Rzym”, podczas kolejnego analizowaliśmy fragmenty opowiadania Rodoredy „Pokój lalek”, a na koniec utwór Tomasza Peipera „Naga”. Każdy z uczestników otrzymał arkusze z omawianymi tekstami. Mogłam także obejrzeć (i skrzętnie sfotografować) swoją, ocenioną już pracę o Hamlecie. Warsztaty te dały mi poczucie wyjątkowości, pewnego rodzaju dumy z powodu możności uczestniczenia w nich, a także pozwoliły mi nauczyć się czegoś nowego – dowiedziałam się, jakich błędów należy się wystrzegać, czemu poświęcać podczas pisania najwięcej uwagi, w jaki sposób szukać kontekstów.
    I w końcu, po trzech dniach bez zajęć szkolnych, trzech dniach intensywnego przyswajania i powtarzania po raz kolejny zasad gramatycznych,  trzech dniach nieprzemijającego ucisku w okolicach żołądka nadszedł Ten Dzień… Starałam się zrobić wszystko, by czuć się wypoczętą i zrelaksowaną – spałam przecież przepisowe dla mojego wieku 9 godzin, rano nic już nie powtarzałam, aby nie tworzyć sobie mętliku w głowie, podczas podróży autobusem do Miejsca Mego Przeznaczenia słuchałam ulubionej, napełniającej mnie optymizmem i pozytywną energią muzyki. Niestety, zabiegi te nie przyniosły w pełni pożądanego efektu – stres wciąż nie miał najmniejszego zamiaru mnie opuścić.
    W rozładowaniu napięcia przyszła mi z pomocą wspomniana już wyżej koleżanka, której udało się wypatrzyć mnie w tłumie uczestników. Nasza rozmowa nie trwała jednak długo, bo rozpoczęto losowanie numerków, decydujących o tym, do której z trzech sal mamy się udać. Okazało się, że znalazłyśmy się w tym samym pomieszczeniu. Dokładnie o godzinie dziewiątej rozdano nam arkusze papieru kancelaryjnego. Tematy teatrologiczne, jakie przypadły mi w udziale po napisaniu w pierwszym etapie pracy traktującej o Hamlecie, nieco zaskoczyły mnie swoją tematyką. Po kilku minutach zastanawiania się, wybrałam według mnie najciekawszy i najbardziej przystępny z nich. Dotyczył  tak zwanego „recyclingu”, czyli przepisywania klasyki we współczesnym teatrze. W swojej pracy miałam omówić to zjawisko na konkretnych przykładach i określić swój stosunek do niego. Konsekwentnie skupiłam się na uwspółcześnionych wersjach dzieł Mistrza ze Stradfordu na czele z „Hamletem” i uznałam zjawisko za jak najbardziej pozytywne ze względu na moc przyciągania młodych ludzi do teatrów i poszerzania horyzontów myślowych przede wszystkim reżysera i aktorów, ale też i widzów. Po czterogodzinnym, wyczerpującym maratonie z piórem w ręku czekał mnie jeszcze test z gramatyki. Ku mojemu miłemu rozczarowaniu, nie sprawił mi on większych problemów. Na szczęście okazało się, że podczas przygotowań do tej części drugiego etapu konkursu obrałam dobry kierunek.
    Muszę przyznać, że po powrocie do domu odetchnęłam z ulgą i poczułam niekłamaną satysfakcję. Dopiero wtedy odczułam, jak wielkim osiągnięciem było znaleźć się w tym gronie, gronie najlepszych z Małopolski, jaki ogrom pracy mnie to kosztowało, jak wiele się nauczyłam, jak dużo z siebie dałam. Z absolutnie czystym sumieniem powiedziałam sobie, że zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy i teraz już nic nie zależy ode mnie. Tak, byłam z siebie po prostu dumna!
    Wyniki nadeszły już w następnym tygodniu. Niestety, moja Polonistka nie miała dla mnie dobrych wieści… Co prawda z gramatyki, która tak mnie przerażała, osiągnęłam bardzo dobry wynik, ale z pracy pisemnej zabrakło mi kilku punktów. Obie zgodnie żałowałyśmy, że nie udało mi się dostać do części ustnej, jako że ta była dla mnie największą niewiadomą. W tych trudnych chwilach szczególnie pomogło mi wsparcie najbliższych Koleżanek, ale przede wszystkim Rodziców, Siostry i Dziadków.
    Kiedy już minęło pierwsze rozczarowanie i opadły emocje, poukładałam sobie liczne wydarzenia ostatnich miesięcy związane z olimpiadą. Uznałam, że nie należy roztrząsać wszystkich szczegółów mojego położenia, zastanawiać się, czy coś mogłam jednak zrobić jeszcze lepiej. Trzeba przyjąć życie takim, jakim jest i iść do przodu, a nie oglądać się za siebie. Zrozumiałam, że to ode mnie zależy, czy ta szklanka stanie się do połowy pełna i zaczęłam szukać pozytywnych stron tej sytuacji – zdobyłam przecież doświadczenie na przyszły rok, nauczyłam się wielu nowych rzeczy, rozwinęłam się literacko, językowo, poszerzyłam swoją wiedzę o teatrze. I najważniejsze – odkryłam, co daje mi największą satysfakcję, najprawdziwsze szczęście, najpełniejsze wzruszenie, wreszcie – co na dzień dzisiejszy pragnę robić w swoim życiu. Chcę pisać. To właśnie możliwość czytania wielkich dzieł, oglądania ponadczasowych filmów i poruszających do głębi spektakli, analizowanie postaw i postępowania fikcyjnych bohaterów, stwarzanie sobie własnego, subiektywnego świata za pomocą pióra i kartki daje mi niczym nieograniczoną radość. I chociażby dla tego odkrycia, warto było wziąć udział w XL Olimpiadzie Literatury i Języka Polskiego.

 

 

 

 

suplementy diety