| Kraków – to bezcenna marka |
|
|
|
| Opinie |
| niedziela, 21 marca 2010 12:38 | Wpisany przez fsd |
|
Tak się podziało – że dziś wartość – to cena. A cenę ma wszystko – z czym do zasady trudno się co prawda zgodzić – ale przyjmijmy nawet ten punkt widzenia. Spróbujmy zauważyć, ile kwotowo się traci na braku dbałości o takie rzeczy jak tradycja, rzadkie umiejętności czy aktywność społeczna. Można to podać w wolnym tłumaczeniu; ile jest warte to, że coś, ktoś, wie, umie i jeszcze Mu się chce chcieć. To ma i dla Miasta swoją przeliczalną wartość. Na pytanie o znaczenie przeszłości i historii, już w latach 50–tych odpowiadano jednoznacznie. Burzymy stare – budujemy nowe. W tym nowego człowieka – oderwanego od przeszłości. Skutki – znamy. Im to było potrzebne – ale nam – dziś? Nam może nie, ale współczesnym inżynierom dusz – czyli propagandzistom, dziś zajmującym się promocją nie tylko idei, ale i przy okazji towarów oraz metod dostępu do władzy – jest niezbędnie potrzebne. Dlatego ten kierunek – wyrzucania tradycji i wartości jest kontynuowany. To nie jest przypadek. Nie miejmy złudzeń Mówmy nie tylko o zabytkach – świadkach historii. Zawody, umiejętności tradycje ich wykonywania. Krakowscy piekarze są tu żywą ilustracją.. Rymarz czy kowal, introligator, bednarz – tu listę można było przedłużać. Mówi się, że to rynek Ich eliminuje. Może i tak – lecz na pewno to, że ktoś umie coś takiego, czego już inni nie umieją – nie jest cenione, hołubione i – najważniejsze wykorzystywane. A tradycje rodzinne, ciągłość pamięci, więzi między pokoleniami – lub nawet tylko zwykłe umiejętności gospodarstwa domowego – to już też właściwie relikty. Endemity – tak są lokalne te umiejętności. Jest szumny program Natura 2000 – mający na celu ratowanie gatunków – ale nie ma jakoś programu np. Człowiek 2050 – który by miał na celu zachowanie endemitów życia kulturowego, które trwało przez wieki. Kto dziś na przykład – wierzący czy nie – to obojętne - wchodząc do Kościoła jako świadka kultury materialnej i duchowej tysiąclecia , wie co te obrazy sobą przedstawiają? A tu – jest w Polsce człowiek, który żyje z tego że umie wykonywać japońskie miecze samurajów – wedle znawców – niczym nie ustępujące oryginałom. Lata trwało zanim doszedł do odtworzenia najważniejszych elementów technologii. W Krakowie też są takie „endemity” – szopkarze na przykład. Ktoś powiedział, że wystarczy narodowi odebrać przeszłość i pamięć – w trzecim pokoleniu przestanie być narodem. Zadam proste pytanie – jak Kraków wykorzystuje te swoje zasoby, jak o nie dba. Gdy zostanie tylko legenda - to co wtedy? Kaja Danczowska – nie ma się gdzie podziać! Cały ród Malików – szopkarzy, którzy od pokoleń podtrzymują tradycję – a nie chore współzawodnictwo w zaskakiwaniu rozwiązaniami szopek, dziś punktowanymi w konkursach piękności – stają się bezdomni. Wyrzuceni z domu, w którym mieszkał jeszcze Ich dziad. Pra- szopkarz Krakowa. To tylko przykłady. Rynek – to tylko robi? Czy może Miasto nie ma pojęcia, że jego interesie jest w tym, by brać udział w grze rynkowej chroniąc wartości, na których ma opierać swoją promocję, reklamę czy jak kto woli to nazwać. Mało tego - dziś Miasto zachowuje się rynkowo - jak klasyczny pies ogrodnika. Wyobraźmy sobie bowiem, że ktoś chciałby inwestować w tą dziedzinę. No tak – wartości, marka, tradycja nie są i nie mogą być na sprzedaż. I to jest fakt. Choć już kamienica z lokatorami i tradycją – czemu nie? Nie ma możliwości by ten ktoś na tym interesie zarabiał – Miasto nie pozwoli – bo ma markę. Tylko chyba po to by ją mieć. Prywatni biznesmeni wiedza co jest warta marka i wydają na jej stworzenie duże środki. Miasto to ma na tacy – i nic. To przecież takie zwyczajne ta marka. Rozumiem nie uginanie się przed wygórowanymi żądaniami specjalistów od podbijania ceny dzieł i znaczenia artysty To jest racjonalne. Lecz tacy wrócą – gdy gdzie indziej się na Nich poznają – i wrócą - już pokorniejsi. I nie Oni tworzą markę tylko jej chcą używać. Nie przyjmuję jednak do wiadomości jako racjonalnej, rezygnację z dbałości o markę w ogóle. Deklasacja marki – to czysta strata. Usłyszę – a my przecież tyle robimy! No właśnie – to mnie niepokoi, że mimo starań, mamy do czynienia ze zjawiskami które tu podaję jako przykłady. Na takich rzeczach robi się dobre interesy. Nie do uwierzenia – ale Ci artyści – dziś spychani niby – rynkiem - na margines, cały czas byli i są pozostawieni sami sobie, będąc dla Miasta gotowymi dźwigniami. Tu jako dźwignię widzi się tylko to symbolicznie - PIWO. Nawet Zwierzynieckie Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Wszelkich – traci za sprawą Miasta rację i podstawy bytu. Sukces jest - tak – nie będą przynajmniej przeszkadzali jakimś zawracaniem głowy. Następne kamienice będzie można sprzedawać i przekształcać w cokolwiek i byle jak, bo to jest ponoć rynek A zasobów komunalnych – ponoć brak. O gospodarce przestrzenią lepiej nie mówić – jest pod taką presją biznesu a nie interesu Miasta To nie jest rynek, a rabunek - możliwości Miasta. To na ten proces – już zaawansowany – zwracam uwagę. Bardzo dużo złego dzieje się pod pozorami robienia czegoś dobrego i racjonalnego Z innej beczki lecz źródło – to samo – brak zrozumienia istotnego interesu Miasta. rzeczywistą a nie klakierską współpracę organizacji społecznych – wprost społeczeństwa. Te, w istocie, są tępione – nie w deklaracjach a w czynach. .Tym wspólnym mianownikiem jest totalny brak wyobraźni. Miasto i to takiej jak Kraków to nie proszek do prania do zachwalania. Ten tryb myślenia też widać w przykładzie ostatnio uruchomionej, niby – promocji, matematyki. Matematyką czy w ogóle – nauką – można tylko zainteresować. Pokazać, że ma ona coś takiego, czego się nie znajdzie w bilardzie i przy piwie. Choć akurat piwo nie zawsze przeszkadza. Wszystko jest kwestią jakości i sposobu użycia. Za moich czasów książką, którą sobie wyrywaliśmy w jednym egzemplarzu było „Lilavati” – wręcz twierdzę, iż ta ksiązka dała podstawy do późniejszej sławy V Liceum w Krakowie, jako koncentracji umysłów ścisłych. Kraków ma mieć swe wartości – których inni nie mają I na tym ma robić interes a nie na tym przysłowiowym piwie. Kłopot jest tylko chyba jeden. Trzeba wiedzieć co się ma w ręku. My chyba nie jesteśmy tacy – choć dajemy się tak traktować. Tak bo wybieramy takich co nie wiedzą co maja w ręku – a w każdym razie takich jak widać jest przewaga, bo takie są decyzje. Pani Danczowska i Malikowie – to powinien być wyrzut sumienia. Jeden z wielu.Tyle, że wyrzuty ma na ogół ktoś, kto się zastanawia nad tym co robi, a nie jest tylko zajęty tym by coś robić PR – się liczy, a wmarszu ładnie się wygląda i można twierdzić że się idzie do celu. Na razie jeszcze nikt nie zapytał - jakiego.
|









Ach jak kochamy nasze tradycje. Lajkonik, Szopki Krakowskie, Smok i Kazimierz! Dumni jesteśmy z naszych miejsc; Wawel, Skałka, Sanktuarium doszło, Sukiennice i Kościół Mariacki no i Wieliczka. Niejeden doda Smoka i Czakram.