Ścieżka powrotu

Krakowska Gazeta Internetowa Opinie Gazeta Lokalna – czy nie szkoda papieru?
Smaller Default Larger

Dzielnica IV Kraków

TVP 3


meble biurowe


Gazeta Lokalna – czy nie szkoda papieru? PDF Drukuj Email
Opinie
piątek, 13 maja 2011 05:35 | Wpisany przez Iza Solarz

Mało jestem w domu, ale to jeszcze nie znaczy, że nie chcę wiedzieć, co się dzieje w miejscu, w którym mimo wszystko mieszkam. Poczta pantoflowa to nie jest zawsze najlepszy sposób.

Parę razy po sklepach czy skrzynkach u znajomych widywałam gazetki dzielnicowe. Pomyślałam, że raczej funkcjonuje to jako przenośna tablica informacyjna. Tylko, że wcale tak nie jest.
Otwieram gazetę swojej dzielnicy pod szumną nazwą „Gazeta Lokalna”. Okłada wita mnie zdjęciem flagi i instrukcją , jak można flagę wywiesić, kiedy i w jaki sposób, co jest przydatne dla wszystkich, którzy chcą pokazać swoje świętowanie. Może to już moje, ale po serii świąt i okazji nie mam już ani siły ani ochoty na chociaż jedną stronę więcej. 
Bardzo zdziwiły mnie 2 następne strony, zapełnione nazwami przyjętych uchwał. Tak, dwie strony, na których jest tylko jakby przepisany nagłówek z przyjętych zmian i nic poza tym. Suche notatki urzędowe. Jestem w stanie zrozumieć, że gazetka ma kilka stron i nie da się opisać każdej z przyjętych ustaw. Ale ja, jako zwykły mieszkaniec, który nie śledzi jakoś bardzo uważanie tego, co się dzieje w sprawach inwestycyjno-administracyjnych wciąż nie wiem nic. Może zamiast wpisywać numery działek, na których mają być budowane „zespoły dwóch budynków mieszkalnych, jednorodzinnych z garażami, parkingami, wewnętrznym układem drogowym i infrastrukturą techniczną (wodociąg, kanalizacja sanitarna, kanalizacja odpadowa, kabel energetyczny)” (wycinek oryginalny), wystarczyłby krótki opis co, gdzie, numer ustawy i gdzie można ją przeczytać, jeśli kogoś ona zainteresuje albo dotyczy? Czy można cokolwiek wywnioskować z enigmatycznego zapisu, że środki przeznaczone na jeden paragram zostały przeznaczone na inny, skoro są tylko ich numery? Kończy się na tym, że to co interesowałoby mnie najbardziej wciąż pozostaje tajemnicą. Czy nie po to, powstały takie gazetki, żeby mieszkańcy mogli się czegoś dowiedzieć? Przepraszam, ale ja, czepialski mieszkaniec, nadal nie wiem nic.
Następna strona. Rocznica katastrofy smoleńskiej. Po co w gazecie dla Krowodrzy tablica, umieszczona w kościele w Bronowicach?
Konkurs wielkanocnych pisanek w podstawówce. Znowu muszę za siebie przepraszać, jestem chyba nieuleczalnie aspołeczna i dziecięce pisanki nie ruszają ani mojego kamiennego serca, ani tym bardziej nie zachęcają do skończenia artykułu. A może zamiast się rozpisywać, że jury nie mogło się zdecydować, zrobić mała galerię fotografii z podpisami zwycięzców? Taki kompromis.
Kolejna strona. Tu już zaczynam się irytować, bo po pisankach wita mnie nauka ochrony przyrody w przedszkolu. Chciałam się zmusić do czytania, bardzo chciałam. Ale jak zobaczyłam, że przynajmniej ¾ artykułu to wymienianie nazwisk nagrodzonych dzieci, przestałam. Zaczynam się czuć, jakbym czytała kolejne reklamy placówek oświatowych. Dość.
Strona 6 poprawiła mi humor, bo zawiera program wydarzeń Dworku Białopradnickiego. Coś konkretnego, przydatnego i treściwego. Daty, godziny, miejsce i cena biletów, wszystko jest i jest w jednym miejscu. Zakładam intuicyjnie, że to kalendarium zostało zredagowane przez Dworek i tylko przesłane gazecie.
Odwracam kartkę i znów mam wrażenie, że na świecie nie ma nic poza szkołą. A ja jeszcze nie zdążyłam się nacieszyć, że opuściłam ją na wieki wieków amen! Cóż, rzetelność zmusza mnie do czytania, jestem już tak zrezygnowana, że w sumie kolejna strona nie robi mi już różnicy. Tym razem miały mnie zainteresować kwiatki na szkolnych ławkach. Podpis jakoś ułagodził moje podenerwowanie, w końcu pisane przez uczennicę. Dla niej to prawdopodobnie ważne. W mojej szkole od takich rzeczy była szkolna strona internetowa. Jedno jest pewne, gdybym przeczytała więcej numerów, miałabym pełny wgląd w ofertę edukacyjną dzielnicy.
Ostatnia strona ,to zdjęcia i opis rocznicy śmierci Jana Pawła II. Oglądam tylko zdjęcia i czytam pierwszy akapit.
Zachęcona stopką wchodzę na stronę internetową. I tu miłe zaskoczenie, dużo więcej informacji, choć nadal nie wszystkie. Strona jest w trakcie budowy, ale mam nadzieję, że rozbuduje jedyny dział gazety, który mnie mógł zainteresować, czyli inwestycje i rozwiązywanie problemów. Spodziewałam się czegoś innego. Przykładowo, chciałabym zobaczyć listę zmian, proponowanych przez mieszkańców, wypowiedzi radnych, czy propozycje mają szansę na wejście w życie. Skoro teksty są do gazety nadsyłane, powinny się tutaj znaleźć pytania mieszkańców, dlaczego ich nie ma? Ja widzę dwie możliwości. Albo nikt z lokatorów nie ma potrzeby wprowadzania zmian, albo wiadomo, że gazeta się tym nie zajmie. A może tak jak ja nie wiedzą o istnieniu gazety? Są rozpisane punkty, w których można ją znaleźć. Żadnego w okolicach mojego osiedla i miejsc, w których bywam.
Chciałabym już podsumować. Miałam w dłoniach wiele gazetek informacyjnych, uczelnianych, samorządowych, reklamowych. W tej po prostu nie ma niczego, co byłoby zwyczajnie przydatne. Będę okrutna – obetnijmy pisanki i ekopikniki przedszkolaków, napiszmy o tym, co się ważnego dzieje, buduje, gdzie trzeba zainterweniować, może komuś można pomóc. Mam nadzieję, że pojawi się to chociaż na stronie internetowej.

 

Autorka jest studentką Psychologii UJ