|
Społeczeństwo obywatelskie jest warunkiem realnego istnienia demokracji. Demokracja – to ciągły dialog i dokonywanie wyborów. Przekonywanie ludzi o słuszności i opłacalności podejmowanych decyzji jest po prostu konieczne czysto nawet technicznie.
Rozwiązania akceptowane przez ogół i rozumiane a także, co ważne, realizowane zgodnie z ustaleniami i deklaracjami, pozwalają na osiąganie celów i budują wspólnotę. Decyzje przygotowane poprawnie, z poszanowaniem opinii społecznej, ludzie przyjmują jako coś swojego. Uczestniczą w życiu społecznym a protesty, to margines nie znajdujący poparcia. W tej idealizacji ważne są dwa słowa; rzetelność i podmiotowość. Zaprzeczeniem demokracji jest system autorytarny, monopolistyczny. Władza ma przekonanie, że wie jak ma być, ludzie jej tylko przeszkadzają, są przedmiotami. Konsultacje i rozmowy dotyczące jedynie przecież słusznych rozwiązań nie są tak naprawdę potrzebne, są sprzecznością samą w sobie, czymś obciążającym, pętającym skuteczne działanie. Rzeczywistość oscyluje oczywiście pomiędzy tymi dwoma skrajnymi stanami. Dziś, prawo, normy, procedury – nawet formalnie - wymagają przeprowadzania konsultacji. Powoduje to, że jakość konsultacji może być potraktowana jak rodzaj czujnika stopnia zdemokratyzowania systemu rządzenia. Prowadzone być muszą (choć i tak nie zawsze) tylko słowo „jak” staje się kluczowe. Konstatacja ta pozwala wprost na powiedzenie – że monopol władzy – jej autorytaryzm, pozwala na lekceważenie konsultacji, działająca demokracja – zmusza do rzetelnego prowadzenia procesu konsultacji. Obserwator odczytując ów wynik „pomiaru” tej miary skłonności do autorytaryzmu i bezradności w kontaktach z obywatelem, musi wziąć pod uwagę, że proces konsultacji jest formalnie wymagany – i nawet – formalnie, różnymi technikami, może być symulowany. Papiery są w porządku – a i tak robimy jak chcemy. Te parę zdań wstępu było niezbędne by pokazać konkretny przykład. Już nie będę się odwoływał szczegółowo do realizacji PGO i lokalizacji spalarni – bo wcześniej czy później – jakość procesu konsultacji i sposób potraktowania dobrej woli strony społecznej w tej sprawie, wyda owoce. Mówmy o czymś co właśnie się dzieje. Jako Polski Klub Ekologiczny zostaliśmy powiadomieni, że zawiązuje się Okrągły Stół w sprawie transportu, w szczególności, zbiorowego. Siłą rzeczy – choćby po to, by podjąć decyzję – czy jako organizacja będziemy w ogóle w tych obradach uczestniczyć, wybraliśmy się na pierwsze organizacyjne spotkanie w składzie Prezes i v-ce Prezes Zarządu Okręgu. Gospodarzem spotkania był Pan prof. W. Starowicz – w czasach SFK (czyli Stołu Śmieciowego) z-ca Prezydenta Krakowa, a teraz Jego Doradca i Szefowa Wydziału Strategii i Rozwoju UMK. Profesor miło mnie przywitał pytaniem czy też się znam na transporcie skoro aktywnie uczestniczyłem w dyskusji o śmieciach. Dobre przywitanie, lecz w rozmowie kuluarowej prowadzonej na wstępie, nie miało sensu wyjaśniać, że my tu a/ na zaproszenie i przyszliśmy bo jesteśmy grzeczni chłopcy i b/ występujemy nie jako znawcy technik transportowych (o czego zresztą akurat Pan Profesor jest specem i to pracującym w PK) – bo od tego są fachowcy - wykonawcy. My mamy tu swą statutową rolę „odbiorcy produktu” – sposobu organizacji dziedziny życia, który tworzy otoczenie mieszkańca (oikos – od tego ekologia), tu - konkretnie transportu i na razie to jeszcze nie wiemy co będzie dalej. W każdym razie mamy swoje wyobrażenie, jaki jest temat i – mamy wyobrażenie w czym możemy być pomocni. Jesteśmy przekonani – że możemy. I tyle. Na przykład, szewc pyta się późniejszego użytkownika butów – czy są one wygodne. Odbiorca produktu, ani nie musi, ani nawet nie chce, się znać na technice wykonania butów, ma mu tylko powiedzieć – uwierają one czy nie. Sądziłem, że to akurat Władzy jest wiadome. Opisuję ten fragment bo było to dopiero preludium ciągu dalszego. Jak wynika z tekstu rozdanego na sali – który w założeniu miał być pomocny w ustalaniu tematyki i trybu prowadzenia dyskusji, już nazwijmy to plenarnych, jakie się mają toczyć przy przyszłym Stole, na zaproszenie, zgłoszeniem zareagowało 8 organizacji z tego przyszło 6. Zgłoszone organizacje – to od Fundacji Partnerstwo dla Środowiska po Krakowski Klub Modelarzy, choć należałoby wymienić wszystkich. Kto będzie – to się okaże. Pytania o a/ kto jest inicjatorem b/ jaki jest, zdaniem inicjatorów, cel projektowanego stołu, uzupełniłem pytaniem c/ czy i jak Urząd Miasta spożytkował rezultaty SFK w sprawie śmieci. Jak sądzę wszystkie te trzy pytania chyba można uznać za naturalne. To ostatnie pytanie wydaje się być w szczególności o tyle ważne, że jak debatować to po coś, z jakimś pożytkiem. Zważmy, iż cała sprawa nie ma charakteru spornego, jest nie od wczoraj przygotowywana i wykonywana przez fachowców i jeśli poświęcać problemowi czas – to z jasnym celem i w granicach właściwych takiemu obradującemu gronu. Ten aspekt podkreśliła jak mi się wydaje propozycja Pana Prof. W.Starowicza, by przy stole siedzieli i bezpośrednio debatowali „reprezentanci - eksperci” strony społecznej i strony UMK Pomijam, że Miasto ma tu na zawołanie swoich ekspertów – strona społeczna może innych tylko grzecznie prosić. Ale w sumie nie jest to najważniejsze – onegdaj przecież Dawid zrobił kłopot Goliatowi. Naiwna, być może, wiara w racje i argumenty, pozwala na pominięcie tej sprawy, bez jej stawiania na ostrzu noża. Poza tym uzgadnianie, przekonywanie się, nie musi być wcale konfrontacyjne. Byle mieć wspólny cel. To więc pytanie też jest znaczące. Pytanie - kto zainicjował - można też uznać za mniej ważne – choć to Urząd Miasta udostępnia salę i swój czas czyli jest gospodarzem - i chwała mu za to. Kogokolwiek była to więc inicjatywa – Miasto ją podjęło. I akurat odpowiedź na pytanie, kto zaproponował padła precyzyjna. Rzecz się dzieje z inicjatywy Koła Miłośników Krakowskiej Komunikacji Miejskiej. Są to mili, młodzi entuzjaści z Technikum Komunikacyjnego w Zespole Szkół nr 1 im. św. Rafała Kalinowskiego w Krakowie, przynajmniej przy tej Szkole owo Koło jest utworzone. Wedle Statutu, z uwagi na charakter Koła, do członkowstwa preferowane są osoby będące w wieku szkolnym, głównie młodzież szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych. To zapis statutowy. Tak jak się zorientowałem wśród członków są i studenci PK – właściwego kierunku (czyli i naturalnie z otoczenia Pana Profesora, czyli i merytorycznie zorientowani), a także osoby już pracujące. Samo to, że są to ludzie młodzi, jest według mnie pewną wartością, bo mówi o aktywności młodych ludzi. Przeczy tezie o Ich totalnej obojętności. Pytanie jednak o cel – już w toku dalszej dyskusji – nie znalazło jednej odpowiedzi, choć jest ważne. Na obecnym etapie już podjętych decyzji, z amatorskimi w istocie uwagami, co do spraw technicznych, trudno się narzucać, choć i ta tendencja się przewijała. Ze strony inicjatorów w określaniu celu padło też – konieczność społecznego wsparcia dla dobrych (zdaniem obradujących) rozwiązań proponowanych przez Urząd, a których losy podlegają wpływom politycznym przy procedowaniu ich wdrażania. Ma być to konieczne, bo w każdej sprawie działają siły nie tylko merytoryczne, ale i polityczne i biznesowe. Co prawda to prawda – ale ten argument mnie nieco przestraszył. Przecież właśnie tak ma być. Od tego jest Rada Miasta, od tego jest Prezydent i Jego służby – by rozwiązanie wyważyć. I po to są oni przeciwstawni – bo jedni bardziej pilnują prawidłowego technicznie wykonania rzeczy, a drudzy mają wyrażać wolę mieszkańców i ich oczekiwania. Fachowcy biorą na siebie ciężar rozwiązań technicznych – i te powinny też być dyskutowane, ale w innym trybie – zaś Rada i Prezydent mają rozważyć inne argumenty. Znają budżet i mają się patrzeć na interes mieszkańca mając też informacje od fachowców. Gdyby obrady takiego Okrągłego Stołu miały coś uzgadniać – to rozumiem, choć powstaje wtedy poważny problem reprezentacji do wyrażania opinii społeczeństwa jako całości. Od tego jest właśnie Rada Miasta. Poradnictwo fachowe – już po podjętych decyzjach i to udzielane przez parę organizacji społecznych? Jaki sens? Na pewno w toku rozmów mogą się pojawić i się zapewne pojawią propozycje, które z rutyny przez fachowców nie były brane pod uwagę. Ale wtedy rozmawiać trzeba było wcześniej. Doświadczenie nabyte po SFK – po którym, niby w realizacji postulatów - konsultacje polegały na wycieczkach do Szwecji i Niemiec oraz spotkaniach w przedszkolach i szkołach, a nie podjęto nawet poważnie propozycji szerszej publicznej dyskusji w formie Forum – nie pozwala na pominięcie pytania o to, jak efekty dyskusji zostaną wykorzystane. To, co sobie władze Miasta zaliczyły jako sukces i automat do „właściwych” czyli wypełniających założone oczekiwania po tym SFK – to było administracyjne powołanie tzw. Komitetu Sterującego i jego ukształtowanie znów drogą decyzji urzędniczej. W skład zostali powołani szefowie Wydziałów UMK – Urzędnicy Miejscy i konkretna osoba Pana M. Daszczyszaka jako „przedstawiciela strony społecznej” Przedstawiciel, który nie ma nawet rekomendacji swej macierzystej (niegdyś) organizacji i to jednej wśród wielu! Co to więc znaczy w ujęciu Urzędu słowo „przedstawiciel” - nie wiadomo – natomiast w papierach wygląda ładnie – że to właśnie strona społeczna bierze udział. Pan, o którym mowa, ma zresztą praktykę w tych sprawach jako, że był swego czasu urzędnikiem w Wydziale zajmującym się ochroną środowiska w UM w Wieliczce. Krótko zresztą. Będąc równolegle pracownikiem Wydziału Elektrycznego AGH. Widać teraz gołym okiem, do czego były potrzebne obrady SFK. Raz – żeby były, dwa by powołać ciało załatwiające automatycznie problem konsultacji. Problem z głowy. Nie te czasy, w których słowo znaczyło słowo Przy zawiązywaniu SFK – jak się okazuje rację miał Pan M.Szymański, (choć w moim najgłębszym przekonaniu – nie powinien) kategorycznie wyłączając z obrad SFK Komitet Protestacyjny na Złocieniu. Ale jeśli się dziś okazuje, że jednak rację miał – to mamy sygnał dysfunkcjonalności całego systemu. Zaczyna się już jakieś poważne wynaturzenie. Nie tedy droga – ale tego to już szczegółowo nie będę wyjaśniał waląc głową w mur. Pożyjemy – zobaczymy co wyniknie z tej – moim zdaniem – karykatury systemu konsultacji. No ale cóż – Miasto ma swoich znawców, ekspertów, doradców – a my działający w tej sprawie społecznie od lat 30 tu – mamy być wyizolowani – jesteśmy niewygodni. Odczuwam to – jak na wstępie napisałem - nader często i to nawet w drobnych uszczypliwościach. Oj, denerwuje monolityczną władzę każdy, kto ma swoje i niezależne zdanie. Skuteczność siłowego zwalczania opozycji jest miarą postępu w dochodzeniu do władzy totalnej. Coś podobnego już mnie spotkało na razie tylko ze strony Pani Burmistrz Rabki. Pierwszy raz mnie kobieta widziała na oczy i wprost mi oświadczyła, że „ja Jej widać nie lubię”. I oczywiście na żadne pytania poważnie nie odpowiadała, a wszystko też kwitowała stwierdzeniem, że to co mówimy to są ogólniki. Nawet jeśli by tak było - to jak to się mówi – „mądrej głowie dość po słowie”. W istocie tajemnicę wyjaśnia chyba to, że prowadziliśmy wtedy w Rabce działania interwencyjne w sprawie tzw. rewitalizacji Parku Zdrojowego. Ja byłem referującym sprawę w trakcie spotkania, Owa rewitalizacja (zauważają Państwo jaką karierę robi o słowo? – to już ma wartość sygnału) miała polegać na wycince w tym parku 520 drzew, z zakładaniem ogrodów a to azaliowych, a to różanych itd. Sen Ogrodnika – ściślej – Ogrodniczki, ale bez informacji o kosztach utrzymania takich ogrodów i ich funkcji dla uzdrowiska. No i zadawaliśmy też pytania szczególnie „nieładne” o to, czy Rabce naprawdę zależy na utrzymaniu statusu uzdrowiska – widząc, że jest to, jako żywo, akcja w kierunku utraty tego statusu i zwolnienia terenów inwestycyjnych. Proste jak konstrukcja cepa za to widać – denerwujące.. Powyżej opisane rzeczy są więc jak okazuje dziś rutynowe. W dążeniu i realizacji monopolu władzy – są to sposoby tzw. skutecznego zarządzania i pozbywania się kłopotu z jakimiś formalnie tylko potrzebnymi konsultacjami. Takie to tylko przeszkadzają. Tyle z tego Władza wie. A opozycja polityczna daje jej spokój – i tego akurat już nie za bardzo rozumiem. Nie muszę. Nie jestem politykiem i przyjmuję całą sprawę jako informację, że jako obywatel powracam do Państwa i Samorządu totalitarnego. Tak to na własny użytek sobie określam – i przestaję wierzyć w zdolność tej władzy, w tym kształcie i poczuciu bezkarności wobec Wyborcy, do czegoś takiego jak konsultacje czy negocjacje. Wracając do projektowanego Okrągłego Stołu w sprawie transportu. Jego ważnym celem byłoby choćby nawet tylko to, by młodzi ludzie związujący się z dziedziną wiedzy, nią zainteresowani, zobaczyli jej związek z samorządnością i wpływem na szeroko rozumiane środowisko człowieka. Mieszkańca - nie puszczy - a miasta. Tyle, że powstaje pytanie czy takie szkolenie – to konsultacje? Zarząd Okręgu Małopolska PKE po doświadczeniach SFK i po tym pierwszym spotkaniu, nie przystępuje w tej konwencji do, nie tyle dyskusji, co wpisywania się w bezwarunkowe poparcie dla sposobu realizacji tego, co już dawno zaprojektowano i realizuje się dla Miasta. Spotykam się z argumentem „nieobecni nie mają racji” Odpowiadam – a w tym układzie - obecni mają? Jeśli z góry się zakłada – a to usłyszałem przy SFK, że konsultacje są po to, by dowartościować stronę społeczną – a na transporcie się nie znam, moje zaś informacje z zakresu współdziałania jakiejkolwiek dziedziny życia z „oikos” mieszkańca, w kontekście obowiązujących zasad, są - wedle oceny władzy - tylko ogólnikami nie do zastosowania – to po co moja i Klubu tam obecność? Poza tym, są fachowcy, którzy wiedzą najlepiej i nie chcą nawet słyszeć (nawiązując do użytego wcześniej przykładu) – czy „but uwiera”. Nie będę Ich więc uszczęśliwiał swymi przemyśleniami. Chciałbym jednak wiedzieć jaki jest cel, co jesteśmy w stanie załatwić za pomocą pracowitych obrad Okrągłego Stołu. Na to mogą i chyba powinni odpowiedzieć organizatorzy. Czy też nazwa konsultacje i Okrągły Stół, przy którym jakieś strony coś negocjują, w jakieś sprawie się układają, są tymi adekwatnymi i najważniejsze – prawdziwymi określeniami? Patrz wstęp. |