|
Ekolodzy to – ekolodzy tamto, ekolodzy się domagają, ekolodzy przeszkadzają, ekolodzy blokują, przez ekologów stoimy, choć chcielibyśmy wybudować itd. Są jakoby dwie strony.
Jedna to dobrzy decydenci, którzy chcą – a nie mogą – bo… – to nawiedzeni ekolodzy de facto szkodnicy gospodarczy lub w najlepszym razie niedoinformowani aktywiści w swej naiwności głupocie niewiedzy lub w złych zamiarach wyżej stawiający życie mrówki jak życie i komfort człowieka - zawadzają. Kompletny bzik Druga strona to ekolodzy o tysiącu twarzach. Od naukowców poprzez fantastów po formalizujące się grupy obrony prywatnych interesów a często nawet lobbyści. Zakładając że obie strony składają się z ludzi dojrzałych musimy przyznać, iż w naszym życiu codziennym czyli realiach - mamy do czynienia z trzema możliwymi wariantami. Jest jeszcze czwarta – która nie nadaje się do uogólnienia gdyż o jej kształcie decyduje obiektywna informacja, jej sprawdzalność i możliwa do wykazania oszacowaniem liczbowym ekonomicznym prawda obiektywna czyli jej kształt jest sprawą kompletnie indywidualną dla każdego przypadku. Tym zajmiemy się może później. Najpierw rozpatrzmy na zimno trzy pierwsze możliwości relacji ekolog-decydent (lub inwestor). Wariant pierwszy. To ekolodzy blokują. Wariant drugi władza szuka alibi dla nie zrobienia czegoś, dla swej niekompetencji, niedopatrzeniu, braku wyobraźni co do skutków swego dziania a także potrzebuje na gwałt potwierdzenia swej ważności, swej przewagi. Przewagę tę dziś ma – ale jutro – już pod koniec kadencji zaczyna piszczeć i tym bardziej chce udawać strasznie zdeterminowaną do działania. Może też mieć miejsce wariant trzeci – to indywidualne w danym przypadku współdziałanie obu skrajnie tu potraktowanych wariantów poprzednich. I zapewne najczęściej z tymże wariantem mamy do czynienia, a w tym kociołku, niestety i to z woli obu stron – by było jasne - wariant wymieniony tu jako czwarty jest eliminowany. Choć jest racjonalny – bo jest rezultatem porównywania rzeczowych informacji i argumentów – jest eliminowany, bo daje rozstrzygnięcie. A rozstrzygniecie to najczęściej zwycięstwo którejś ze stron. Niedopuszczalne. To i walka idzie na noże – do wykrwawienia, do każdego odwołania i każdej kasacji. Trwa to, śmieszy i przeraża i …szkodzi. Mamy teraz w Krakowie dwa modelowe wręcz przykłady na ten problem. To Szkieletor i Błonia – z zamiarem ich udostępnienia na harce kibiców – bo nikt chyba nie sądzi że będzie to zaciszne miejsce ustronne o charakterze kontemplacyjnym szanującym zieleń i środowisko. Nie jest też jasne czy Szkieletor zagraża swym istnieniem – okolicy i ludziom, czy też bardziej sprzyja siedliskom przyrodniczym. Najpierw dwa zdania. Właściwie pytania. Czy ekolog to naukowiec czy społecznik przejęty stanem środowiska czy lobbysta używający odpowiednio dobranych lub nawet wykreowanych argumentów. O ile o określeniu naukowiec decyduje profesja - ale i ta nie przeszkadza Mu wystąpić w pozostałych formach. Rezultat? Niezwykle łatwo, mając jeszcze do dyspozycji media żonglować tymi formami i wprost dezawuować niejednokrotnie bardzo istotne i rzeczowe argumenty. Te pozostają jako karykatura a słowo ekolog zaczyna nabierać zabarwienia obelgi intelektu I decydentowi o to chodzi. Uniknąć odpowiedzi – lub używać etatowych ekspertów jako tarany do forsowania nawet najobłędniejszej decyzji. I drugie. Czy i kiedy wiemy oraz skąd wiemy że inwestor jest inwestorem a nie rabusiem. Największy przecież zysk jest osiągany z grabieży – ta nie kosztuje. Grabieży zaś wcale ni musi się dokonywać na materii ale i uszczuplenie komfortu, zniszczenie środowiska – to nic innego jak bez kosztowe przeniesienie tych wartości na swój zysk. Klasyką może być Nowa Huta w swej pierwotnej formie. Do każdej wszak tony wyprodukowanej stali należałoby doliczyć choćby koszt ubytku zdrowia mieszkańców Krakowa (jeśli by to uznać za policzalny) i koszt degradacji substancji budowlanej, zabytków itd. Wedle obowiązującego prawa – mamy tu odpowiedź. Udziela jej często też nie na darmo bo w jej własnym interesie – wyszydzana i wynaturzana zasada zrównoważonego rozwoju. Mówi ona jasno, że możemy bo musimy – używać środowiska ale najłagodniej jak to możliwe, tak minimalizować uszczuplenie tegoż środowiska, zasobów i energii by te pozostały dla przyszłych pokoleń. To jest możliwe tylko wtedy gdy każdemu zużyciu środowiska, zasobu i energii będzie towarzyszyło koniecznie działanie kompensujące jak się da to uszczuplenie. Czyńcie sobie ziemię poddaną nie jest upoważnieniem do rabunku a nakazem gospodarowania. To najkrócej. Zobaczymy ile szkody – i to obu stronom relacji – robi rezygnacja z osiągania takiego consensusu równowagi. Nawet Ci którzy mają stosować prawo pamiętają tylko o działkach, formalistyce – a w wyrokowaniu o dążeniu do rozpoznania tak rozumianej równowagi w ogóle nie pamiętają. Wracając do naszych tych najgorętszych dziś przykładów. Szkieletor. Nie było go – nie było problemu przyrodniczego. Czy Sąd zajął się tą strona i możliwością uzyskania kompensaty? Prawo rzekomo – nie puszcza. Na drugim biegunie leży problem użyczenia Błoń. Zakusy na ich zabudowę mają tradycję- korzeniami sięgającymi czasów okupacji – i to były bardzo konkretne projekty. Podgryzanie trwa od lat – łącznie z ostatnimi projektami – a jakże – zagospodarowania i rewitalizacji otocznia – jak „ładnie inaczej” to powiedział onegdaj jeden z prominentnych radnych – zsakralizowanego wygonu. Raz zabudowa z jednej strony – raz równie dobra z drugiej strony wedle nie tak głośnego pomysłu znaczna kubaturowo zabudowa pod hasłem remontu. Choć wygonu już dawno nie ma – jest tylko miejsce poboru opłat za biegające psy. Za każdym razem pojawia się przepychanka a nie ma jasnego powiedzenia; te Błonia mają swoje niepowtarzalne wartości, są potrzebne nie tylko z sentymentu, ich utrzymanie kosztuje. Tym samym można uznać (lub nie można – i kiedy) że pod konkretnymi warunkami udostępnienie Błoń jest (lub nie jest) racjonalne i korzystne. Czy spora pijalnia piwa i okresowy handel pod budami – bez lub ze słabą odpowiedzialnością za dewastację i konieczność jej naprawy – to jest coś co można powiedzieć – nie uszczupla środowiska? Miejmy nadzieję że przynajmniej koncerty rockowe po wybudowaniu stadionu Miejskiego posiadającego infrastrukturę tam się przeniosą a nie będą ładowały kasy organizatorów kosztem warunków życia mieszkańców domów przy alei F. Focha i nie tylko. Przyzwolenie na zorganizowanie całego kompleksu i to dla kibiców wielu drużyn, stojących wobec siebie w kontrowersji a pochodzących z innych krajów – gdy kontrola nad ich zachowaniami jest iluzoryczna, obarczone jest znaczącym ryzykiem – i dla otoczenia i dla środowiska. I nie chodzi tu wcale o trawę, rekultywację czy ciężko wystraszone krety. Kto konkretnie powie: – tak biorę za to odpowiedzialność i wiem jak wskazać i wyliczyć a także zrekompensować pełne – powtarzam pełne straty środowiskowe. Spotkałem się nawet z delikatnie mówiąc mało stosownym w tym kontekście – przypomnieniem Mszy Papieskich. Gdzie Rzym gdzie Krym – ale powiedzmy – pokażmy tu bilans. Co straciły Błonia i mieszkańcy? Jeśli kogoś uszy bolały to ból ten miał charakter ideologiczny i dotyczył wszystkich miejsc . Zysk? Treści które zostały rzucone jak ziarno – nie uleciało – one dziś i w różnych miejscach dojrzewają. Bez wyrażenia tych myśli nigdy byśmy ich nie dostali. O infrastrukturze i o spokoju – czyli o milionach bez burd nie wspomnę. I przypomnę też próbowali „ekolodzy” mówić o dewastacji Błoń. To zestawienie, choć wydaje się być mało stosowne – dobrze pokazuje jakie wartości oznaczają środowisko człowieka w szerokim tego słowa znaczeniu i co ma być w takim bilansie liczone. Sięgnę po jeszcze jeden przykład . Dziś słyszymy, że już Prokurator zajmuje się Burmistrzem Myślenic. Ten konsekwentnie różnymi metodami omijał w istocie zasady zapisane w prawie. Król – Słońce też mówił Państwo to ja. . Nie jestem wcale przekonany, czy gdyby całą procedurę uzyskania pozwoleń na nadmiarowe w istocie wysypisko odpadów prowadzono bez kombinacji alpejskich – nie znalazłoby się racjonale rozwiązanie problemu. A tu po drodze historie z wywalaniem z pracy, monopolizacja władzy i fałszowaniem informacji, kombinacjami terminami i dokumentami, a nawet fizycznym niszczeniem dobrze prosperującego przedsięwzięcia gospodarczego – konkretnie działającego od lat, jeszcze sprzed czasów podjęcia inwestycji - łowiska wędkarskiego. Deklaracje o wspieraniu przedsiębiorczości a prawda oraz realia i wyjaśnianie ludziom,że prawda i nieprawda to, to samo - w jednym stoją jak widać domku. Czy i w tym przypadku przyszedł do głowy pomysł – podkreślam – bilansowania. I policzenia w tym bilansie zupełnie już niegodnego w cywilizowanym kraju – ciągania po sądzie karnym mieszkańca - kobiety w zaawansowanej ciąży za rzekomą obrazę majestatu Gminy – w procesie niejawnym, choć dotyczącym spraw publicznych, tak by nie mogła się bronić w oczach opinii publicznej i na końcu – co najbardziej charakterystyczne – ucieczka wobec determinacji społecznej. To też tu się powinno liczyć w bilansie środowiskowym. Bo zniszczenie środowiska postaw obywatelskich jest w istocie nie do naprawienia. Wygląda na to, że unikanie rozwiązywania tych problemów w sposób jaki nakazuje duch prawa, jego intencja i zasada, jest po prostu dość prostą metodą. I dla „ekologów” samozwańców a przede wszystkim władzy znajdującej upragnionego kozła ofiarnego za swe błędne decyzje i niekompetencję. Dlaczego nacisk kładą na stronę władzy. To przecież w jej rękach – szeroko rozumianych – jest decyzja co do przedmiotu rozstrzygnięć na Sali rozpraw, wykładni i podawanej argumentacji. Jak w tytule – tu nie chodzi tak o środowisko jak o metodę. Ze strony ekologów powinna się tylko pojawić troska o doprecyzowanie pojęcia ekolog – by tu już władza nie miała pola manewru. A jest to możliwe. Tak jak w trakcie demonstracji można oznaczyć prowokatorów – nawet a zwłaszcza wbrew ich woli. Zostają wyróżnieni na placu boju.
|